Czego tak naprawdę uczą studia


Swoje pierwsze studia skończyłem dwa lata temu, ale pamiętam bardzo dobrze, że na kilka tygodni przed obroną uważałem je za swoją największą, życiową porażkę. Nie dość, że skopałem totalnie moją pracę licencjacką, to jeszcze do tego mój dyplom nie miał prawie nic wspólnego z pedagogiką. Dlaczego? Bo po trzech latach pedagogiki, gdybym trafił do szkoły, nie mógłbym w pełni samodzielnie uczyć. Na szczęście w porę uświadomili mi to studenci z wyższych roczników i tak wybrałem drugi kierunek studiów. 

Kolejne studia i kolejna porażka

Na Pedagogice wybrałem wymarzoną specjalność: Terapia Pedagogiczna i Asystent Osoby Niepełnosprawnej. Brzmi całkiem atrakcyjnie, ale niestety już nie istnieje. Na szczęście prawo nie działa wstecz, więc po skończonych studiach mam pakiet uprawnień do terapii. Myślicie sobie pewnie, że to świetna sprawa, bo wasze dzieci bardzo potrzebują dziś pomocy terapeutów. Do tego dobrze by było, żeby byli to ludzie z pasją, którzy znają się na tym co studiują, lub studiowali. No to życzę powodzenia…

Na swojej drodze spotkałem oczywiście świetnych terapeutów, ale nawet jeśli studiowali oni razem ze mną, to wcześniej skończyli już po dwa kierunki i minimum dwa lata pracowali w zawodzie. A ja? Ja siedziałem z głową w chmurach na drugim roku. Nie miałem prawie żadnego świadczenia w pracy z niepełnosprawnymi poza swoją osobą, więc co ja sobie wyobrażałem? Nie mówię wcale, że to były złe studia, bo w czasie ich trwania poznałem lepiej siebie, swoje mocne i słabe strony. Uczyłem się relacji w grupie i w sposób techniczny próbowałem poznawać różne rodzaje niepełnosprawności. Czy to sprawiło, że po trzech latach zostałem genialnym terapeutą. Jasne że nie, ale  przez te trzy lata zacząłem pracować ze sobą i budować pewną świadomość. Zacząłem się poważnie rozglądać, za tym co lubię robić, co sprawia mi radość i w czym jestem dobry.

Na drugim roku studiów licencjackich zacząłem kolejny licencjat. Tym razem postawiłem na oligo.

Porażkę numer dwa uważam za udaną

Po trzech latach studiów doświadczyłem też tego, że tak naprawdę, każdy z nas jest w jakimś stopniu niepełnosprawny. Tylko co z tego, skoro nie miałem pełnych uprawnień jako nauczyciel. Poszedłem na drugi kierunek: Oligofrenopedagogikę (trochę pisałem o tym już wcześniej). I wiecie, co wam powiem? Nauczcie swoje dzieci, że nie wolno się śmiać z cudzego IQ, bo samo takie zachowanie już oznacza, że jesteś ograniczony-niepełnosprawny intelektualnie. Dopiero na trzecim roku studiów, kiedy miałem już skończoną terapię i rozpoczęte oligo, to mnie oświeciło. Może nie do końca stałem się mądrzejszy, ale zacząłem myśleć inaczej. Zacząłem sobie wyobrażać, jak by to było, gdyby każde dziecko w szkole i przedszkolu mogło korzystać z zasobów oligo. Dlaczego? Bo przecież każdy człowiek najlepiej uczy się przez doświadczenie i ta zależność nie dotyczy tylko dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Każde dziecko i każdy człowiek uczy się inaczej, ale zawsze łatwiej jest pojąć, czym jest kwadrat, jeśli możesz go zobaczyć, dotknąć, powąchać, nadepnąć. 

Tu nie chodzi tylko o zakuć, zdać, zapomnieć. Tu chodzi przede wszystkim o to, żeby zrozumieć świat, który każdy z nas widzi inaczej. Każdy jest na swój sposób niepełnosprawny! Ja potrzebowałem 4 lat studiów, żeby to zrozumieć. Ty jesteś 4 lata do przodu, bo teraz już to wiesz. Ale to nie koniec…

Czego nauczyły mnie studia?

Na pewno tego, żeby nie wierzyć nigdy kobiecie z dziekanatu, bo i tak nie dowiesz się prawdy, jakie będziesz miał po tych studiach uprawnienia. Po drugie, co ci po uprawnieniach bez żadnych praktycznych umiejętności? Niestety nie masz żadnego wpływu na to jak funkcjonuje uczelnia, bo ona jest jak jeden wielki system i jak sekta. Jak wejdziesz między wrony, musisz krakać jak i one. A jak ci się nie podoba, to masz problem. Zawsze możesz zmienić studia. Oczywiście na wielu uczelniach usłyszycie, że możecie przyjść do wykładowcy z każdym problemem i się wygadać, ale to by było na tyle. 

Naprawdę myślicie, że dziesięcioletni nauczyciel akademicki będzie narażał swój stołek, bo wam się coś w funkcjonowaniu uczelni nie spodobało? Oczywiście każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie, ale przyzwyczajcie się do tego, że wcale nie musi ono zostać wysłuchane. 

Jedyne, na co możesz liczyć, to na rozwijanie umiejętności panowania nad swoimi nerwami. No dobrze, to nie wszystko. Nauczysz się jeszcze szacunku do wykładowcy, nawet jeśli wiesz, że nie ma on racji. Wykładowcy po części mają to do siebie, że jeśli chcą mieć studenta z głowy, to na odczepnego powiedzą: „Dobrze, jutro coś z tym zrobię”. Na tym najczęściej się kończy. Przyzwyczaj się, bo inaczej będziesz cierpieć. Czasami więc jest lepiej się zamknąć, bo Twój pozorny szacunek jest więcej wart niż twoje trzy grosze. Przynajmniej na początku studiów. 

Ludzie, róbcie własne notatki!

Naprawdę nie rozumiem ludzi, którzy idą na studia humanistyczne i ściągają notatki od znajomych. Przecież to jest totalnie bez sensu! Co z tego, że dostaniesz piątkę z egzaminu, skoro nie zrozumiesz nawet 1/3 tego, co napisałeś? Nic, bo nic ci to nie da. Czasami naprawdę warto zrobić 3 strony notatek zamiast 10, nauczyć się tego, co wydaje ci się ważne, zrozumieć i zdać. W końcu to tylko teoria, a jak pójdziesz do pracy to i tak wszystkiego będziesz musiał się nauczyć na nowo. A sama nauka też często przynosi marne skutki, jeśli uczysz się sam i z nikim tej wiedzy nie konfrontujesz. I nie chodzi mi to, że nauka sama w sobie jest bez sensu, ale o to, że jeśli nie rozmawiasz z innymi o tym, czego się dowiedziałeś, nie zadajesz pytań, no to po cholerę potrzebne ci „mgr” przed nazwiskiem?

Wiecie, ja nigdy nie byłem piątkowym uczniem, ani studentem, ale zawsze potrafiłem zyskać w oczach wykładowcy, bo potrafiłem pytać i podejmowałem choćby próbę dyskusji. Jeśli jesteś na studiach humanistycznych i potrafisz dyskutować, to na 80% masz już zdany najbliższy egzamin, a kto wie, czy nie całe studia. Jesteś o kilka kroków do przed kolegami, czy koleżankami, bo większość ludzi na studiach tego nie potrafi! Ja wiem, że to brzmi strasznie, ale studenci dziś naprawdę nie wiedzą co to własne zdanie!

Nie musisz chodzić na wszystkie zajęcia

Czasami zamiast 100% frekwencji na zajęciach lepiej jest zapisać się na jakiś wolontariat albo do pracy. Nawet jeśli nie będzie to twoje zajęcie marzeń, to uwierz mi, że da ci ono więcej życiowego doświadczenia, niż całe te studia. Piszę to dlatego, że dopiero na studiach magisterskich zyskałem kwalifikacje nauczycielskie. Nigdy nie osiągnąłem wyższej średniej na semestr niż 4,4, ale wszystkie moje trzy dyplomy w połączeniu z  trzema wolontariatami, które miałem w trakcie studiów, sprawiły, że dziś pracuję jako pedagog specjalny w przedszkolu. 

ps. Od dwóch tygodni uczę się wszystkiego na nowo, a w szczególności wypełniania dokumentów.