Zarabiamy na cudzym lenistwie

Przed chwilą obliczyłem sobie, że jedenaście lat temu, mniej więcej o tej porze ukończyłem szkołę podstawową. Dziś mogę powiedzieć, że był to moment historyczny, bo szkoła podstawowa miała wtedy 6 klas. To był cudowny czas, kiedy zadanie domowe odrabiało się najdłużej przez godzinę, a przez resztę dnia można było biegać po podwórku (po placu/po polu). Takie chwile też są dzisiaj już historią, bo po lekcjach nadal rzuca się plecak w kąt, ale tylko po to, żeby otworzyć komputer i zobaczyć co ciekawego wydarzyło się przez te parę godzin na twarzo-książce. A zadanie domowe odrabia się na płatnych korepetycjach. 

Obcowanie dzieci z komputerem ma oczywiście tyle samo zalet, co wad. Jedną z tych wad jest brak czasu. Brak czasu na naukę, na zadanie domowe i na przygotowanie do jutrzejszej kartkówki.
Z kolei rodzice, zamiast powiedzieć szczerze o lenistwie dzieci, najczęściej mówią o tym, że to karygodne, żeby dzieciom zadawać tyle zadania domowego! Przecież w szkole poza matematyką i angielskim są jeszcze inne przedmioty jak polski czy przyroda. No i z każdego przedmiotu dzieci mają zadanie domowe. Oczywiście zadania domowe z każdego przedmiotu są codziennie, tak samo, jak sprawdziany i kartkówki. Uwierzyłbym w tę bajkę, gdybym pierwszy rok prowadził korepetycje. 

Problem w tym, że znam już wymówki uczniów i rodziców na pamięć, a najpopularniejsze z nich to:

-kolejny sprawdzian w tym tygodniu
-tygodniowa choroba
-wyjazd na urodziny kuzynki (dziwnym trafem urodziny zawsze trwają 6 dni, a w siódmym dniu jest sprawdzian).

Jest jeszcze jedna, bardzo popularna wymówka, która brzmi: „Ja nic z tego nie rozumiem.” Za każdym razem, kiedy ją słyszę, to pytam się:
– A próbowałeś/aś zrobić np. zadanie 7? 
– Nie…

Jak tylko słyszę kolejne „nie próbowałem” to choćby ciśnienie atmosferyczne spadało tak jak punktacja naszych mistrzów na mundialu, to zawsze mi się podniesie. I to wcale nie z tego powodu, że ktoś nie pamięta w piątej klasie, ile jest 6*7, ale dlatego, że jest leniwy… I jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że największą porażką korepetytora dzisiaj jest to, że zarabia na cudzym lenistwie.

Dzieci nie są mniej inteligentne. Są po prostu coraz bardziej leniwe

Był kiedyś taki wiersz i w jednym jego fragmencie dziewczynka została zapytana:
– A ile jest dwa razy dwa?
– Osiem!

Niestety muszę zmartwić teraz wszystkich tych, którzy nie byli tego świadomi, ale Zosia Samosia była po prostu leniwa! Podobnie jak większość dzieci, które już w podstawówce chodzą na korepetycje z matematyki. Dlaczego tak twierdzę?
Wiecie, ja tam nigdy orłem w szkole nie byłem i samych piątek z matematyki też nie miałem, ale byłem jedną z pierwszych osób, która przed końcem trzeciej klasy potrafiła całą tabliczkę mnożenia na pamięć. Różnica między kiedyś a dziś jest taka, że dziesięć lat temu to rodzice siedzieli z dziećmi i uczyli je tabliczki mnożenia. Dziś mają od tego korepetycje (o których już kiedyś pisałem) i korepetytorów, którzy muszą wiedzieć:

  • co dziecko ma na zadanie,
  • jaki był ostatnio temat w szkole,
  • kiedy jest kolejna kartkówka

Przychodząc dziś do ucznia na korepetycje, musisz się jeszcze liczyć z tym, że skoro rodzic płaci, to rodzic wymaga. Na przykład tego, żebyś w godzinę przerobił z dzieckiem to, na co w szkole było 1,5 tygodnia. Dlatego właśnie uważam, że obecnie korepetycje w szkole podstawowej, to głównie zarobek na cudzym lenistwie. Przecież nie musisz uczyć się w szkole, bo i tak przyjdzie do ciebie za kilka godzin nauczyciel i nadrobi z tobą cały materiał.

Zarabiamy na lenistwie bez satysfakcji

Najgorszą rzeczą dla nauczyciela jest porażka ucznia, który naprawdę się stara, no ale matematyka nie jest jednak jego mocną stroną. Dziś jednak takich uczniów, którzy naprawdę systematycznie się uczą i w niczym im to nie pomaga, jest niewiele. Czy w takim razie możemy dziś mówić o porażce, skoro zarówno uczniowie, jak i rodzice oczekują, że na korepetycjach nauczyciel nadrobi z dzieckiem przez godzinę wszystkie braki?

Oczywiście każdy uczeń jest inny i do każdego powinniśmy mieć indywidualne podejście, ale nawet ono ma swoje granice, jeśli poza szkołą dziecko nie robi kompletnie nic.