Według uznania, to nie „co łaska”!

Nie jestem językoznawcą. Nie wiem co mówi na ten temat słowni języka polskiego, ale wiem, że ludzie bardzo często mylnie interpretują te dwa pojęcia: „według uznania” i „co łaska”. Osobiście też mam często dylemat, jaką wartość mają „wolne datki”, albo raczej jaką wartość powinienem im przypisać. Najczęściej wszystko zależy od celu, bo jeśli cel jest szczytny, to czasami oprócz serca otwierają nam się też portfele. Portfele, które jednak w większości przypadków domykają się całkiem zgrabnie, co może oznaczać kilka rzeczy:

a) idealną zawartość banknotów przy braku drobnych

b) większą ilość banknotów niż drobnych

c) w portfelu jest tylko karta do bankomatu.

W każdej z tych sytuacji masz w swoim portfelu wystarczającą ilość potrzebnych Ci pieniędzy (oczywiście, jeśli je masz i Twój portfel nie jest tylko ozdobą), żeby zrobić zakupy, przeżyć i ewentualnie kupić jeszcze coś dla siebie. Niestety podobnie jak większość ludzi na świecie zapomniałem dopisać jednej ważnej rzeczy, takiej jak nieprzewidziane wydatki. Te nieprzewidziane wydatki to na przykład: kupno nowej uszczelki w cieknącym kranie, naprawa samochodu, albo „co łaska” za atrakcję, na którą właśnie teraz ma ochotę twoje dziecko. „No stary, dziecku odmówisz?”

I dzisiaj właśnie na tej dziecięcej zachciance i atrakcji za „co łaska” chciałbym się skupić.

Dlaczego nie lubię wyrażenia „co łaska”

Taką atrakcją może być na przykład uliczny występ uczniów Szkoły Muzycznej. Przechodząc ulicą, na pewno zwrócisz na nich uwagę, bo nikt z amatorów nie gra w taki sposób i dwa, że amatorzy najczęściej wybierają występy solowe. Wyobraź sobie teraz najbardziej zatłoczoną przez przechodniów ulicę twojego miasta. Godziny szczytu i w samym centrum tego tłumu młodych muzyków grających Cztery Pory Roku. 

Nawet jeśli nie słuchasz na co dzień takiej muzyki, to zatrzymasz się na chwilę, albo zwrócisz na nich uwagę, bo przecież tylu ludzi słucha ich i ogląda. Tylu ludzi stoi przez te trzy minuty a po trzech minutach odchodzą. I ani mee, ani bee, ani kukuryku, że już o drobnych za koncert nie wspomnę. I to jest właśnie mentalność typowego Janusza i Grażyny. Zero wyobrażenia ile ciężkiej pracy kosztowało tych ludzi to, żeby ich ktoś posłuchał i docenił. A moim zdaniem powinno być inaczej.

Co łaska za zdjęcie ze Smerfem, z Minionkiem, z człowiekiem

Teraz jeszcze trochę bardziej subiektywnie niż do tej pory powiem wam, dlaczego Januszowe ” co łaska” doprowadza mnie do szału. W wielkim skrócie mógłbym napisać tylko, że skąpstwo i brak wyobraźni ludzi idą ze sobą w parze. Ja jednak nadal się łudzę, że za „x” lat, ktoś przeczyta ten tekst i zmieni swoje dotychczasowe podejście do tej sprawy.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego akurat Smerf, Minionek i inne bajkowe postacie pojawiają się tu właśnie w tej chwili, a odpowiedź jest banalnie prosta. Tu nie chodzi o postać, ale o człowieka, który się za tą postać przebiera. Macie rację, że ktoś, kto się na taką pracę decyduje, robi to z własnej woli. Z własnej woli godzi się też na tysiące zdjęć, ale najczęściej nie pracuje za darmo.

Żeby wyobrazić sobie dramat tej sytuacji, musicie przenieść się na dowolne centrum egzystowania ludzkości na świeżym powietrzu.  Przebrać się w sztuczną maskotkę, w 25 stopniowym upale i obserwować Janusza z Grażyną, którzy traktują was jak kolejną atrakcję turystyczną, której zdjęcia można zrobić za darmo. Tak właśnie ludzie dzisiaj traktuję stwierdzenie „co łaska”.

  • Odkąd poznałam, czym jest Boża łaska, STWIERDZENIE „CO ŁASKA” też jakoś do mnie nie trafia :)) Kojarzy się z tym, co zbywa, a Boża łaska to jest otwarte Niebo i zasypywanie darami z niego :))

    • No właśnie! Te dwa pojęcia się wzajemnie wykluczają i ciesze się, że nie tylko mnie to gryzie. Dla mnie łaska to inaczej dar a dar powinien być przecież płynący z serca 🙂

  • Do tego dochodzi typowo polska mentalność do braku napiwków np. w restauracjach.

    • Pamiętam jak pierwszy raz poszłam do restauracji i nie dałam napiwku, bo nawet nie wiedziałam, że „tak wypada”/”można”/”trzeba” – nazwijmy to jak chcemy. Teraz? Nawet jak pan z pizzą przyjeżdża i podaje mi pod nos, to daję mu zawsze kilka złotych napiwku. Zdarza się czasami, że nie mam drobnych a on z terminala nie ma nic dla siebie, ale następnym razem mu to wynagradzam.
      Nie wyobrażam sobie nie dawać napiwków. I dziwię się, że ludzie w dzisiejszych czasach mają nadal z tym tak wielki problem.
      Jeżeli stać Cię, żeby iść na miasto i wydać 30zł za obiad, gdzie żarcie w domu kosztowałoby 8zł, to możesz te 3zł napiwku zostawić i nie zbiedniejesz.

      • Tak naprawdę to chodzi przecież o ot, żeby w drugiej osobie też zobaczyć człowieka a nie tylko robola, bo nigdy nie wiesz, czy za chwilę nie zajmiesz jego miejsca. A jak się tak pracuje po 8-10 a nawet czasami 12 godzin, to nawet te 2 zł daje już większą satysfakcję. Tym bardziej, że pewnie te dwa złote wydalibyśmy na jakiś mniej wartościowy cel.

        Ile to ja razy widziałem ludzi, którzy mogli kupić kebaba za 20 zł a nie było ich stać na 2 zł za zdjęcie. Czasami wystarczy tylko trochę ruszyć głową.

    • Mentalność Janusza, która wcale mi się nie podoba, zwłaszcza że częściej stoję z tej drugiej strony.

  • Ten wpis przypomina mi pewną historię. Pamiętam, że kiedyś w jakimś kraju (nie pamiętam który) otworzyli restaurację, w której nie było cen. Ludzie jedli i zostawiali zapłatę taką, jaką uważali ile jest warte to, co zjedli. I w rzeczywistości restauracja na tym zarabiała, bo w większości przypadków każdy zostawiał więcej, niż w rzeczywistości zjadł. W naszym kraju też wpadli na ten pomysł, ale niestety po 2-3 miesiącach musieli zamknąć, bo zazwyczaj było tak, że ludzie się najadali, a płacili tylko kilka złotych, przez co restauracja była stratna i nie potrafiła na siebie zarobić 😀

    • To jest jak nic odzwierciedlenie nie tylko naszej rzeczywistości, ale też naszej mentalności. Z resztą ten temat przewija się też w innych dziedzinach naszego życia, że jak dasz ludziom wolność, to zamiast się rozwijać bezie samowolka i regres.

      Przykład który podałeś, czy ten fragment o zdjęciu to dowody na to, że mamy materiał na którym możemy pracować. Pytanie czy tego chcemy i dostrzegamy obustronne korzyści, czy też jesteśmy zatwardziałymi egoistami.

  • W mojej parafii sprzedawanie opłatka przed świętami zawsze działa na zasadzie „zapłać ile chcesz i weź ile chcesz”. Najbardziej smutno to wygląda, gdy ktoś bierze 5 kopert zostawiając złotówkę. A ktoś go przygotował, zapakował, a potem jeszcze siedział przy sprzedaży, choć w takim przypadku lepiej to nazwać rozdaniem.

    • U nas już dawno z tego zrezygnowano, bo sprzedaż nie przynosiła oczekiwanego zysku. A co do kopert to są już często wliczone w cenę. Osobiście też byłbym za tym żeby zostawić dowolność ceny, ale wiadomo, że każda organizacja (te działające przy kościele parafialnym też) chce się z czegoś utrzymać. Sam sprzedawałem nieraz kartki przed świętami, wiec wiem jak to wygląda od drugiej strony.