Mogę pracować, ale…

Jeśli obserwujecie tego bloga dłużej niż dwa tygodnie (a wiem dobrze, że tak jest), to pewnie zastanawialiście się, na którym drzewie utknąłem, dlaczego nie było tam zasięgu, żebym mógł zadzwonić po pomoc i czy przypadkiem nie porwało mnie ufo. W sumie to porwanie przez kosmitów tłumaczyłoby moją dłuższą nieobecność na blogu i ciągły brak zasięgu. Wołanie o pomoc z odległej o kilka tysięcy mil galaktyki na starcie odpada, więc nad tą opcją się nawet nie zamierzam dłużej rozwodzić.
Nie wiem, czy was bardziej rozczaruję, czy rozśmieszę, ale żadne ufo porwać mnie nie chciało. Co prawda w ciągu tych dwóch miesięcy miałem kilka pogawędek ze śmiercią, ale nie trwały one długo, bo śmierć też musiała ciężko pracować. Czy jej się chciało, czy nie, tego nie wiem, ale na pewno ta (przebrana oczywiście) śmierć miała więcej zapału do pracy niż niektóre osoby, z którymi spotkałem się przez te dwa miesiące. 

Jakim cudem dostałem tę robotę?

Jak zwykle na początku trochę wam intelektualnie namieszałem bigosu, więc teraz postaram się wam ładnie ( jak na mnie przystało) wytłumaczyć, z czego ten bigos się składał. Wszystko zaczęło się zupełnie niespodziewanie jakoś na przełomie marca i kwietnia. Na przecudownym portalu społecznościowym (który coraz częściej szczerze mnie irytuje) znajomy (jak zwykle u mnie z przypadku) opublikował informację, że poszukuje ludzi do pracy nad morzem. Okazałem swoje zainteresowanie tematem, po czym słuch o tej robocie zaginął, jakby tego znajomego też porwało UFO, o którym wcześniej wspominałem. 

Górny Śląsk. Dwa miesiące później.

Dzwoni telefon. Na telefonie wyświetla się „Pan M”, ten sam, od którego żadnej odpowiedzi nie oczekiwałem. Dzwoni, żeby dowiedzieć się, czy nadal jestem zainteresowany pracą nad morzem. Jakiś miesiąc po tym telefonie wyjechałem do pracy, nie znając praktycznie żadnych szczegółów co, jak i gdzie będę robił. Jakbyście mieli jakieś wątpliwości, to potwierdzam, że w życiu nie ma przypadków.

Będziesz z nami pracować. I co dalej?

W końcu wylądowałem w Międzyzdrojach, w apartamentowcu, w którym najbogatsi turyści mieszkali na piętrach 1-3, ja przyjeżdżając do pracy, mieszkałem na 6. Musicie to sobie jakoś wyobrazić: dwa pokoje, siedem osób i jedna łazienka, która robi głównie za warsztat pracy. Na szczęście zostało miejsce do spania na pożyczonej przez szefa karimacie i we własnym śpiworze. I tak pół nocy pierwszej. Potem było już tylko gorzej…

Pierwszy dzień jak to pierwszy dzień, człowiek się jeszcze wielu rzeczy uczy, ogarnia miejsce pracy, co zabrać, czego nie, co zrobić, żeby zarobić i wiele innych. Początki oczywiście zawsze są trudne, dlatego już drugiego dnia dostałem do współpracy kolegę. Teraz dopiero zaczęły się schody większe niż te, które miałem do pokonania po wyjściu z mieszkania.
Na początku oczywiście na luzie, bo stres jest wrogiem biznesu. Niestety okazało się, że kolega ma inne podejście do pracy niż te, którego się nauczyłem. Ja rozumiem luz, ale wyjście do roboty, to wyjście do roboty, a nie na spacer.

Już trzeciego dnia pracy w tym konflikcie interesów, przy moim współudziale pożegnał się z nami pierwszy transportowy wózek. Wszystkiego w rękach nieść się nie da, więc mam kolejny problem. Jak już dotarłem na miejsce pracy, to się okazało, że przez dobrych kilka dni praktycznie żadne dziecko nie chciało puszczać baniek mydlanych. Powód? Konflikt interesów w duecie, bo jak tylko jednej osobie się chce, to jest gówno nie robota. Dopiero po paru dniach stwierdziłem, że kolega ma podejście typu…

Mogę pracować, ale…

Mogę pracować, ale na luzie, mogę pracować, ale nie śpieszy mi się, mogę pracować, ale jak ludzie będą chcieli to sami przyjdą…. Nie przyszli, a ja już wiedziałem, że pracodawca zawitał do nas z wiadomością „wylatujesz”. I tak też się stało, ale nie do końca. Dostałem ostatnią żółtą kartkę, wiedziałem za co, chociaż spodziewałem się czerwonej, bo w biznesie jest tak, że albo masz wyniki, albo nie a ja mimo to dostałem drugą szansę.

Kolejnych kilka dni przepracowałem z kimś, kto choć nie sięga głową sufitu, to ma w sobie tyle radości, że wystarczyłoby dla was wszystkich. To właśnie dzięki „A” odzyskałem chwilowo utraconą radość z życia i zapał do pracy. Zacząłem pracę praktycznie od nowa tylko dzięki temu, że ktoś we mnie widział więcej niż pracownika. Tak, miałem szczęście. Schrzaniłem praktycznie tydzień roboty, ale wykorzystałem drugą szansę.

Mogę pracować, ale muszę się wyspać

Inaczej nie będę prać, sprzątać, gotować itd. Kolejny typ pracownika miesiąca to typ wymagający. Wymaga głównie tego, żeby jemu samemu było w pracy dobrze i nie myśli totalnie o reszcie osób, z którymi przebywa. Z pracownikiem wymagającym cały problem polega na tym, że rzekomo nie wymaga od nikogo żadnej pomocy. Sam też od siebie niewiele daje, bo ważniejsze jest dla niego własne szczęście, niż to, czy przypadkiem nie trzeba się zająć porządkami, obiadem, czy przygotowaniem rzeczy do pracy. 

Na szczęście typ wymagający, z którym miałem do czynienia był inny, bo próbował się dogadać. Chodziło tak naprawdę o to, że sen był najważniejszą rzeczą, jaka istniała na świecie. Nie było ważne to, że w mieszkaniu jest syf, nie było ważne też to, czy jest obiad, czy go nie ma, bo „jestem zmęczony/a i muszę się wyspać, a potem mogę robić praktycznie wszystko” (kiedy już wszystko jest zrobione). 

Z typem wymagającym pracowałem przez jakieś trzy tygodnie i choć był to ktoś, z kim można by porozmawiać na wszystkie życiowe i nieżyciowe tematy, to w tej pracy było jej ciężko, a przez to było też ciężko wszystkim, którzy z wymagającym pracowali. Typ wymagający wymagał też pomocy w większości rzeczy, które miał zlecone do zrobienia. To nie chodzi nawet o niesamodzielność, ale o to, że każda nauka musi przynosić postępy, a jak ich nie przynosi to znaczy, że jest bez sensu i trzeba zmienić kierunek. Czasami zawrócić a czasami pójść inną drogą.

Albo się do pracy nadajesz, albo nie

Po tych dwóch miesiącach stwierdzam, że podejście do pracy jest ogromnie ważne, ale czasami to, czy się do niej nadajesz, czy nie wychodzi w trakcie. Przekonałem się o tym na własnej skórze, kiedy zamiast puszczać bańki mydlane, musiałem kręcić wiertłem w 30 litrach wody. I to wszystko po godzinie 22. No dobrze, trochę tutaj naściemniałem, ale płyn do baniek przecież sam się nie zrobi. 

Pewnie niektórzy z was czuja się zdegustowani, że piszę o rzeczach tak oczywistych, ale to, co dla jednych jest oczywiste, dla innych może się stać science fiction nie do przejścia. Często mamy takie przekonanie, że im człowiek starszy, tym mądrzejszy, tym lepiej rozwija swoje zainteresowania i zdobywa nowe umiejętności. To błąd! Dlaczego o o tym wszystkim wspominam? Bo po raz kolejny przekonałem się, że nie jest żadnym wyznacznikiem tego, co potrafisz, a czego jeszcze nie.

Mogę pracować, ale mam tylko 18 lat

Najgorsza rzecz, jaką mamy na świecie to schematy, bo o ile w naukach ścisłych schematy to podstawa do dalszego rozwoju, to w życiu schematy nas ograniczają. Ograniczają nas do tego stopnia, że łatwiej jest nam zaufać komuś, kto ma lat 30, niż 18. Gdyby znajomi, którzy mnie zatrudnili, uwierzyli w ten schemat, to straciliby najlepszego pracownika. Kogoś, kto udowodnił, że naprawdę nie liczy się to, ile masz lat, ale co masz w głowie.  Liczy się czy potrafisz sobie poradzić w sytuacji stresowej i ogarnąć się samemu z dala od rodziny, mimo tych 18 lat. Liczy się też to, czy potrafisz się dogadać z ludźmi w każdej sytuacji. Ja wiem, że pomimo 23 lat tego nie potrafię. 

Potrafię jednak zmobilizować się do pracy, kiedy mam świadomość tego, że ktoś, kto mnie zatrudnił mi zaufał. Tym bardziej że podczas tych dwóch miesięcy nie zapłaciłem nic za transport do pracy, nocleg i wyżywienie. Wystarczyło tylko chcieć pracować. Sami przyznacie, że w takiej sytuacji „Mogę pracować, ale…” się nie opłaca, a mimo wszystko znam takich, którzy są innego zdania.

  • Krzysiek

    Wiem, że miejscami chodziło o nie wprowadzanie danych, które by umożliwiały rozpoznawalność ale całość jest przez to bardzo chaotyczna. Próbowałem przebrnąć 2 razy przez tekst ale większości muszę się domyślać. Może to moje zmęczenie ale naprawdę mało co z tego rozumiem…

    • Dzięki Krzysiu za ten komentarz. Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę poprawić ten komfort czytania. Mogę Cię jedynie zapewnić o tym, że ilość informacji jest wystarczająca, choć możliwe, że na dziennikarstwie mają zdecydowanie wyższe wymagania 🙂

  • Wymówek szukają ci, co nie chcą pracować. Lepiej chyba spróbować i nawalić niż nie spróbować wcale?

    • Też jestem zdania, że lepiej spróbować i nawalić. Tym bardziej, że każdy z nas uczy się nowych rzeczy w inny sposób i w innym czasie 🙂

  • Nie tylko w pracy, ale wszędzie nie jest dobre podejście „mogę coś zrobić, ale…”. Bądź co bądź można na tym stracić. W końcu może nadejść sytuacja, kiedy będziesz potrzebował, żeby coś dla ciebie zrobił, a wtedy usłyszysz „dobrze, ale…”.

    • Ola zgadzam się z Tobą. Napisałem to w kontekście pracy, bo takie było moje doświadczenie w ciągu tych dwóch miesięcy wakacji. A jeśli chodzi o bezinteresowność (to już jest inny temat), to nadal jestem staroświecki i uważam, że warto 🙂

  • Ile osób dotrwało do końca pracy?

    A z drugiej strony – nic na siłę.

    • Wiesz, takich osób, które pracowały w tym terminie, który był ustalony na początku to 4, ale też nie wszyscy byli tak długo jak ja.
      Ja też miałem kilka momentów, że myślałem, że już nie dam rady.

  • Nie jestem z tej kategorii bo u mnie chcieć równa się móc. Praca jest szalenie istotna i nie znoszę takich ludzi z roszczeniową postawą, którzy coś krecą ;/

    • To tak jak u mnie. W dodatku jak się do czegoś zabieram to chcę to wykonać jak najlepiej. Tym bardziej, że tak jak napisałem: miałem wszystko co do życia potrzebne – nawet internet 🙂

      • Czasem nie wszystko idzie po naszej myśli – najtrudniej jest chyba to zaakceptować i iść dalej ?)

        • No tak, bo dla każdego ten czas zaakceptowania takiego stanu rzeczy jest inny 🙂

  • Dlatego pracuję sam 🙂 Jak sobie ścielę, tak się wysypiam i ewentualne pretensje zawsze mam do siebie 🙂

    • To akurat była praca dorywcza na czas letni, więc wiedziałem poniekąd w jakie warunki się pakuję, ale pomijając te wszystkie wady i zalety to uważam, że było to dla mnie bardzo rozwojowe.

  • Ja mam podejście: chcę pracować, ale po godzinach pracy nie zawracajcie mi głowy.
    Są tez czasem takie okresy, że trudniej zacisnąć zęby, kiedy się ni dogaduję z kimś, albo nie wszystko idzie po mojej myśli. Ale nigdy nie sabotowałabym sama siebie 🙂

    • Tak jak już odpisałem Maćkowi, to była praca dorywcza na wakacje i te godziny pracy bardzo często zależały od nas, ale swoje trzeba było zrobić, żeby mieć wolne.

      Ja sabotażu bym nawet nie próbował, nie potrafię 🙂

  • Praca pracą, temat tematem ale żeś Ty banki mydlane puszczał?? Też chcę taką robotę! Całorocznie! :-DDD

    • No to zapraszam za rok haha. To naprawdę był szczęśliwy strzał z tą pracą 🙂

  • Nie liczy się ile masz lat, ale w głowie – bardzo się z tym zdaniem utożsamiam.

    • Ja również, tym bardziej ,że już tego doświadczyłem nieraz.

      • Tym bardziej, że wiele młodych osób jest wciąż wrażliwe na krytykę i takie podcinanie skrzydeł działa na nich destrukcyjnie.

        • Pytanie, czy to naprawdę jest podcinanie skrzydeł, czy konstruktywna krytyka, która ma pomóc?

  • Gratuluję samozaparcia i dojrzałości. Tak trzymaj, a osiągniesz sukces!

    • . Dziękuję. Życzę wszystkim tego typu doświadczeń, bo naprawdę warto poznać siebie w pracy z ludźmi 🙂

  • Są ludzie dojżali ponad swój wiek jak i tacy któży nigdy nie dorosną niemniej do pewnego rodzaju mądrości dojść można tylko z wiekiem, dzięki doświadczeniu które daje nieocenioną perspektywe której nie wsposób uzyskać inaczej niż tylko w oparciu o własne przeżycia które niestety także potrafią prowadzić na manowce.

    • Tak, dojrzałości nie da się dokładnie określić wiekiem niestety… Chociaż to też bywa różnie, bo są osoby dość młode, których sytuacja życiowa sprawiła, że stały się dojrzałe jeszcze przed 18. Taką mądrość życiowa nabywa i rozumie się jednak dużo później. Tak samo jest z tymi wszystkimi wydarzeniami z przeszłości, na które przeklinaliśmy 🙂

  • Szymon | pomensku

    To jeden z powodów, dla którego przestałem pracować na etacie. Nie znoszę prac zespołowych, gdy nie ma kierownika z jajami, potrafiącego trzymać całe towarzystwo w ryzach. Takie „robienie za kogoś” to najbardziej demotywująca rzecz w pracy. W pracy wakacyjnej to zupełnie normalne, bo większość osób dorabia sobie na imprezy, samochód lub ciuchy, ale jak już pójdą na pełny etat i będą musieli zarobić na swoje utrzymanie, to się wyprostują. No chyba, że są dzianymi synami ojca 😉

    • Niby się tak mówi, że jak jest zgrana grupa to nie potrzebują kierownika, ale bądźmy szczerzy, w jak wielu miejscach pracy tak jest? Chyba głównie w IT, gdzie każdy robi swoje przed komputerem. Tylko, że tak jak nie każdy nadaje się do pracy 1:1 z komputerem tak nie każdy nadaje się do pracy z ludźmi. Zwłaszcza jeśli ta praca wygląda w taki sposób, że z osobami z którymi pracujesz, żyjesz też w jednym mieszkaniu. Więc jakby na to nie patrzeć taka praca 24h wymaga odrobinę samodyscypliny. Nieważne czy to praca na etat, czy na wakacje, samodyscyplina się przydaje 🙂