Internet to zło?

Jakie macie pierwsze skojarzenia ze słowem internet? Przyzwyczailiśmy się już do tego, że w internecie najczęściej szukamy przydatnych nam informacji typu: jak napisać dobrą pracę dyplomową, jak policzyć deltę, czy nawet: jak znaleźć miłość. Chcemy tego czy nie; w internecie spędzamy dziś coraz więcej czasu, załatwiamy coraz więcej formalnych rzeczy przez internet. Nawet relacje z ludźmi staramy się dziś budować internetowo. W chwili, kiedy mamy znajomego z drugiego końca świata, jest to na plus, ale kiedy nasz kolega Kowalski mieszka dwie ulice obok? Znacie moje zdanie na ten temat, więc dziś przedstawię Wam je w trochę inny sposób. W zasadzie to zrobię to nie ja, ale Andrzej. 

 

Już w czasach przedinternetowych ostrzegano, że komputery to wielki nałóg. Młodzi ludzie spędzali przy nich (głównie na graniu) całe dni i większe części nocy, co oczywiście odbijało się na zdrowiu. Nie tylko fizycznym. Popularność internetu jeszcze pogłębiła ten problem. Dlaczego?

Dzięki internetowi mieszkamy w więzieniu

Ludzie z natury są wygodni i robią wszytko, żeby robić jak najmniej. Dotyczy to także sfery towarzyskiej. Po co wychodzić z domu, nawiązywać relacje, być sobą (ze wszystkimi tego konsekwencjami), skoro przed komputerem możemy jednocześnie mieć kilka tysięcy znajomych i być dla nich tym, na kogo się wykreujemy? Co więcej, serwisy społecznościowe są zbawieniem dla osób nieśmiałych, które w realnym świecie mają wielkie problemy interpersonalne. Niżej podpisany do nich właśnie należy.

O ile kiedyś trzeba było ruszyć dupę z domu, chociażby do pracy, tak teraz, dzięki możliwości pracy zdalnej, z domu można wychodzić raz na tydzień. Niestety niżej podpisany…

Świetnie to podsumował Dawid w niedawnym wpisie o mieszkaniu w więzieniu .

Przyznaję, mieszkam w więzieniu, nie znam sąsiadów, pracuję w domu z którego wychodzę raz na kilka dni. Czasami dostaję szału i gadam z kotami. Kilka dni temu ponad 10 godzin nie odchodziłem od komputera – miałem problem do rozwiązania i napięty termin.

A żeby było śmieszniej, ja chciałem takiego życia odkąd pamiętam. Jeszcze w latach 80-tych, kiedy pojęcie freelancerki (przynajmniej w Polsce) jeszcze nie istniało, chciałem pracować w domu. A gdy zobaczyłem pierwszy komputer domowy podłączany do telewizora (gimby nie znajo, ale starsi może pamiętają 8-bitowe Atari 65XE), byłem pewien, że to będzie moje podstawowe narzędzie pracy. Marzenie się spełniło i od 7 lat rzadko ruszam dupę z domu.

A jednak nie taki diabeł straszny

Jeśli ktoś miał siedzieć w domu to i tak siedział. Ja zdecydowanie preferowałem czytanie książek niż gonitwy za piłką. Naprawdę byłem tym dzieckiem, które rodzice WYGANIALI na dwór zamiast siłą ściągać do domu. Kolegów miałem mało, głównie ze szkoły i tylko takich, z którymi wymieniałem się książkami.

Teraz dzięki Facebookowi znajomych możemy mieć o wiele więcej (nawet jeśli są to tylko wirtualne znajomości). W niektórych przypadkach można je z sukcesem przekuć w znajomości realne. Ja w ten sposób poznałem kilka zajebistych osób, między innymi Wojtka. Udało mi się odświeżyć dawne znajomości, z niektórymi organizuję LbnSocial i Czwartkowe Spotkania Social Media w Lublinie.

Facebook biznesowy

Dzięki internetowi w końcu zrezygnowałem z pracy na etacie i założyłem własną działalność. Na to złożyło się jednak wiele czynników. Poznałem, odpowiednich ludzi (przez internet właśnie), którzy poznali mnie z innymi. Jedni mieli dla mnie zlecenia, inni powiedzieli mi o rzeczach, o których nie miałem pojęcia. W internecie znalazłem w końcu audiobooki, które dały mi impuls. To wszystko wpłynęło na ostateczne podjęcie jedynie słusznej decyzji.

Co więcej, dzięki internetowi mam stały kontakt z klientami, z których zdecydowana większość jest z spoza mojego miasta. A nawet z lokalnymi widuję się rzadko. Po co tracić czas na dojazdy i spotkania, skoro większość informacji i materiałów możemy sobie przekazać przez e-mail?

A Facebook? Tu promuję swoją firmę i swoje usługi. Tu znalazłem kilku klientów. Tu w poznałem ludzi, którzy poznali mnie z innymi ludźmi, którzy zostali moimi klientami. Tu w końcu dowiedziałem się o pewnej możliwości, która, mam nadzieję, sporo zmieni w moim biznesowym życiu (ale o tym na razie sza, bo temat dopiero się rozkręca).

Jeśli nie ma cię w internecie, to nie istniejesz

Kiedyś to zabawne hasełko dotyczyły głównie Google, teraz objęło również serwisy społecznościowe i zawiera więcej prawdy, niż mogłoby się wydawać. Owszem, są ludzie, którym się wydaje, że Facebook jest tylko dla dzieciaków i nie jest on im do niczego potrzebny. Może to i prawda, jeśli ktoś siedzi na etacie i nie zamierza go zmieniać do końca życia. Cała reszta musi zadbać o to, żeby gdzieś jednak zaistnieć. Coraz częściej bowiem pracodawcy sprawdzają potencjalnego pracownika w serwisach społecznościowych i jeśli go tam nie ma, to jest to co najmniej podejrzane. A jeśli ktoś coś robi na własny rachunek, to już obowiązkowo musi być go w internecie dużo.

Mam znajomego, który zajmuje się „robieniem internetów”. Ma jakąś tam badziewną stronkę (wg zasady, że szewc bez butów chodzi) i „martwy” profil na Facebooku. Od czasu do czasu narzeka, że ma mało klientów. A niby jak, do jasnej Anielki, ma mieć ich więcej, skoro nikt o nim nie wie? To już nie te czasy, kiedy było trzech programistów w mieście i wszyscy potencjalni klienci o nich wiedzieli. Teraz konkurencja jest tak duża, że trzeba się promować, budować sieci networkingowe, udzielać się społecznościowo i pokazywać, że się istnieje.

 

 

Andrzej Kidaj. Grafik, poligraf, webdeveloper, bloger i freelancer. Człowiek-orkiestra, najlepiej gra na nerwach. Posiadacz pięknej żony, dwóch charakternych kotek i cudownej córki. Podobno ma poczucie humoru, ale złośliwi twierdzą, że to plotki i pomówienia. Otwarty na różne pomysły, zamknięty w sobie introwertyk z zespołem Aspergera, ale jak się rozkręci to gaduła. Cynik i sceptyk – cokolwiek to znaczy. Od lat bloguje na http://kidaj.ad3.eu

 

 

Grafika tytułowa pochodzi z serwisu https://www.shutterstock.com/pl/image-vector/vector-illustration-business-men-conducting-global-22151851