Nie warto być niepełnosprawnym w Polsce

Dziś zapraszam na trochę prywaty na blogu, chociaż cała sprawa nie dotyczy tylko mnie, ale o tym później. Niby jesteśmy państwem tolerancyjnym i dbamy o dostosowanie możliwości osób niepełnosprawnych, ale to wszystko tak pięknie wygląda tylko na papierze. Przekonał się o tym każdy niepełnosprawny i każdy rodzic niepełnosprawnego dziecka.

Instytucje, które mają pomagać, najczęściej nie udzielają nam żadnych informacji o tym gdzie, kiedy i w jaki sposób można otrzymać pomoc-zwłaszcza, jeśli chodzi o pomoc finansową. Na dobrą sprawę każdy niepełnosprawny, po ukończeniu szkoły, zostaje ze swoim problemem sam. Jedyne, na co może liczyć, to łaska Powiatowego Zespołu do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności, że za trzy lata nie zmienią mu stopnia orzeczenia. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że zmiana stopnia niepełnosprawności na orzeczeniu nie oznacza wcale, że ozdrowiałeś. Po prostu za bardzo starasz się normalnie żyć. Wniosek? Nie warto w Polsce być niepełnosprawnym, lepiej od razu iść po zasiłek dla bezrobotnych. Naprawdę, po tym, co ostatnio przeżyłem, dochodzę w dniosku, że lepiej jest być alkoholikiem, niż być niepełnosprawnym.

Jak być niepełnosprawnym i nie zwariować-moja historia

Niestety muszę was zmartwić, bo to jest niemożliwe. Piszę tak nie dlatego, że jestem leniwy, albo niezaradny życiowo, ale dlatego, że to właśnie moja zaradność jest największym problemem.

Jakieś 20 lat temu z przyczyn dokładnie mi nieznanych wylądowałem w szpitalu. Oczywiście, zanim się tam znalazłem, to było z tym mnóstwo zachodu, bo ówczesny lekarz nie chciał mnie zbadać. Od tak z marszu stwierdził, że to nie są aż tak silne objawy i że nie ma powodu do niepokoju. Ilu takich lekarzy spotkaliście na swojej drodze? Ile było zachodu, żeby Twoje dziecko przyjęli na oddział? Cały problem oczywiście polega na tym, że nie jesteś umierający. Ja tymczasem z każdym kolejnym korkiem traciłem równowagę nie wiadomo czemu. Poza tą utratą równowagi były oczywiście silne i silniejsze bóle głowy z niczego. Po dłuższym czasie takiego proszenia się i jeżdżenia od szpitala do szpitala w końcu jakiś ludzki lekarz odkrył torbiel, którą trzeba było wyciąć. Wycięli, ale to nie koniec tej historii tylko dopiero początek.  

Never ending story

Po wycięciu zbędnego osobnika płci nieznanej, trzeba było tylko zaszyć w odpowiednim czasie moją głowę, ale to też okazało się zbyt trudne. Do środka zdążyło się dostać powietrze, które nie miało prawa tam być. Głowa mi napuchła jak balon, dzięki czemu po powierzchni płaskiej równie dobrze mógłbym dryfować, zamiast chodzić. (Do całej akcji trzeba dodać jeszcze to, że skutkiem operacji, która uratowała mi życie jest symbol 10-N. Dla mojego bezpieczeństwa wstawili mi tylko zastawkę, żebym mógł żyć i funkcjonować. No, ale nic. Trzeba było jakoś sobie z tym poradzić, no i po dziś dzień przecież żyję).

Specjaliści uznali, że tak po prostu ma być, a ciśnienie z czasem opadnie. No i opadło, tylko że razem z kością czaszki, a skutek był taki, że moja głowa wyglądała z jednej strony, jakby wylądowało tam ufo i zostawiło swój ślad na zawsze. Najprościej rzecz ujmując, kość się zapadła i tak już zostało. W czym problem? W tym, że najczęściej lekarz, który spaprał robotę powołuje się na ratowanie życia, a Ty musisz potem ze skutkami jakoś funkcjonować. Takich przykładów można podawać mnóstwo, ale zawsze chodzi o jeden i ten sam sposób myślenia: Skoro potrafisz samodzielnie chodzić, funnkcjonować, studiować, dyskutować, to znaczy, że wcale nie jesteś taki niepełnosprawny.

To nie koniec historii o byciu niepełnosprawnym

Bycie 10-N to bycie niepełnosprawnym i jak wam wiadomo lub nie; z tego się nie wyrasta. Jak raz dostaniesz ataku, to zostajesz 10-N do końca życia. Inna sprawa, że większość ludzi nie ma świadomości, że np. epilepsja może się przytrafić każdemu z nas. Nie znasz dnia ani godziny.
Przez jakieś 12 lat żyłem z codziennym rytuałem, którym były tabletki. Wstajesz rano i po prostu musisz o nich pamiętać, bo co jak przyjdzie atak? No, ale powiedzmy, że tabletki to jeszcze nie tragedia, bo z nimi tak samo, jak z 10-N da się żyć. Największym problemem jednak jest ta cała zastawka, bo zawsze muszę pamiętać, żeby uważać na głowę, żeby się nie uderzyć. Na WF-ie musiałem unikać nawet przez to gimnastyki i nie mogłem wykonywać fikołków. 

Inne problemy pojawiły się w starszych klasach szkoły: Pisz ładniej, pisz staranniej, no wysil się trochę… a ja po prostu nie potrafię. Piszę własną czcionką i niewiele mogę na to poradzić. Normalni ludzie mają na to jeszcze swoje sposoby, czyli nazywają to specyficznymi trudnościami w uczeniu się. Dla brzydko piszących jest to dysgrafia, ale…. Zaburzenia neurologiczne dyskwalifikują dysgrafię. Piszę więc własną czcionką, bo dziś dzień, tylko jeszcze nie zdążyłem jej opatentować. 

Wiecie; przez tych naście lat zdążyłem się już przyzwyczaić do tego wszystkiego; do tabletek, do tego, że niewyraźnie piszę, do tego, że muszę ciągle uważać na głowe, bo zastawka pozwala mi żyć, do tego, że nie mogę ćwiczyć na gimnastyce (w sumie to nigdy jej specjalnie nie lubiłem i zdecydowanie wolałem wybrać się na rower). Zdążyłem się przyzwyczaić, bo wiedziałem, że niepełnosprawnym będę do końca życia, ale przecież to nie koniec świata. 

Być niepełnosprawnym a być niepełnosprawnym

Zastanawiacie się teraz pewnie, co ja znowu wymyśliłem i jakie filozoficzne fakty będę próbował wam przedstawić. Żadne filozoficzne fakty poza tym, że niepełnosprawność, niepełnosprawności nierówna. Na moim przykładzie mogę napisać, że są ludzie, którzy z atakami walczą dzień w dzień i tacy, którym ten atak zdarzy się raz na miesiąc, albo i rzadziej. Tak samo jest z autystykami, czy osobami z dysfunkcją wzroku. Każdy z nich funkcjonuje inaczej, chociaż mają to samo zaburzenie.

Nie wstydzę się więc tego, że pomimo dożywotniej zastawki, w każdej chwili możliwości ataku, niskiego wzrostu, który mógł być skutkiem ubocznym moich przejść neurologicznych, niekształtnej głowy i specyficznego charakteru pisma studiuję (z różny skutkiem, ale na razie z pozytywnym) dwa kierunki związane z Pedagogiką. Nie mam się czego wstydzić, bo wiem, że moja historia mogła się potoczyć zupełnie inaczej. Mogłem w tej chwili siedzieć na wózku inwalidzkim albo być osobą zupełnie leżącą, a tymczasem wszyscy Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jestem prawie jak osoba z nadpobudliwością psychoruchową. Muszę coś robić, muszę działać i nie mam zamiaru zmarnować swojej szansy w życiu. Ale…

Bycie takim niepełnosprawnym to problem

Jeśli to jest ta chwila, w której macie już mnie dość i chcecie nacisnąć ten x u góry, po prawej stronie to proszę bardzo, ale powoli zmierzam do sedna tego tekstu. Zacznie się o największym problemie, jakim jest stopień orzeczenia u osób niepełnosprawnych. W sumie to nawet nie sam stopień jest problemem, tylko szumnie nazwana „komisja lekarska”, która na podstawie twojej teczki dokumentów i Uwaga!; trzyminutowej rozmowy stwierdza jaki stopień niepełnosprawności ci przydzielić.

Tak naprawdę nikt nie wie, na jakiej podstawie oni o tym stopniu orzekają, bo w moim przypadku, po 30 listopada tamtego roku, stwierdzili, że skoro ataków epileptycznych nie ma, to epilepsji też nie ma. Cały paradoks tej sytuacji polega na tym, że ja, studiując Pedagogikę Specjalną wiem, że nie ma czegoś takiego jak epilepsja wyleczona. Jest tylko epilepsja zaleczona, której ataki mogą się pojawić w każdej chwili. Zastawki, którą mam w głowie od czwartego roku życia wcale nie uwzględnili. Oczywiście nikogo nie obchodziło to, że około czterech lata temu, kiedy jedna część tej dwudziestoletniej dzisiaj zastawki po prostu się zatkała, ja przez kilka dni nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Głowa bolała mnie tak, że nie miałem ochoty nawet wstawać z łóżka, a jeśli już wstałem, to kończyło się to zawrotami głowy i wymiotami. Schudłem wtedy w tydzień trzy kilo, ale to był najgorszy horror, jaki pamiętam. 

Jestem niepełnosprawny i żyję

Żyję, ale do końca życia będę osobą niepełnosprawną, która zbyt dobrze funkcjonuje. Zbyt dobrze, jak na to, co przeszła, więc lekarz orzecznik stwierdził, że cała ta moja historia choroby z zastawką włącznie to pikuś. Nikogo też nie obchodziło to, że po plastyce zapadniętej kości (moja decyzja, mój błąd) miałem kolejny atak, bo nikt mi nie powiedział o takich skutkach ubocznych, a ja chciałem tylko, żeby moja głowa w końcu wyglądała normalnie. Najważniejszym powodem mojej decyzji była oczywiście przyszła praca zawodowa, bo każdy pracodawca zapytałby się mnie: „A co się panu stało w głowę?”.

Być niepełnosprawnym na trzy lata

Trzy lata, ewentualnie pięć, ale nie więcej, bo przecież osoba z czterokończynowym porażeniem może nagle zacząć chodzić. Rozumiecie już dlaczego cała ta sytuacja jest po prostu śmieszna? Jak złamiesz sobie nogę, to kość się zrasta, tylko, że amputowanej nogi z powodu nowotworu nikt Ci nie zwróci, więc jaki jest sens sprawdzać co trzy lata, czy ta noga przez przypadek nie odrosła?

Być niepełnosprawnym w stopniu lekkim i nic poza tym

„Stopień lekki” – tak właśnie przeczytałem na orzeczeniu, nawet po odwołaniu kilka dni temu. Zastanawiam się tylko na jakiej podstawie została podjęta ta decyzja. Nie wydaje mi się, żebym jakoś z dnia na dzień ozdrowiał. Nie wydaje mi się też, żeby wasze dzieci, które być może mają sprzężoną niepełnosprawność, albo (przypadek, z którym się spotkałem osobiście)  MPD  z czterokończynowym porażeniem, cudownie z dnia na dzień ozdrowiały. Możecie mi wierzyć albo nie, ale nawet takim ludziom zmienia się orzeczenie! Dlaczego? Po co? Nie wiem… Może dla pieniędzy, żeby komuś ich nie dać? Mnie są one niepotrzebne, bo przecież chcę się uczyć i rozwijać, jeśli mam taką możliwość.

Tamtemu dziecku też zmiana orzeczenia z umiarkowanego na znaczny nie przyniesie korzyści, bo straci możliwości rehabilitacyjne. Co z tego, że za 5 lat rodzice mogą sobie sami z wagą dziecka nie poradzić ze względu na swój wiek. Co z tego, że ten człowiek bez rehabilitacji sam ze sobą będzie się męczył, bo przecież jego mięśnie nie będą odpowiednio funkcjonowały. Tak właśnie działają Zespoły Orzekające, a jedyną drogą sprawiedliwości jest Sąd.

Tego, co ja zrobię jeszcze nie wiem, bo stopień lekki nie przynosi osobie niepełnosprawnej żadnej korzyści, a pracodawca, mając wybór, woli wybrać osobę zdrową lub z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności. Dlaczego z umiarkowanym? Bo może sobie od zatrudnienia takiej osoby odprowadzić podatek!

Pozostaje mi tylko w tej chwili życzyć wszystkim rodzicom niepełnosprawnych dzieci, trafienia na rozsądną komisję lekarską, bo nie jest dziś łatwo być niepełnosprawnym w Polsce.

  • Znam przypadek człowieka ze stomią (ujęte jelito), który musiał się co te 3 lata zgłaszać na komisję, że mu jeszcze jelito nie odrosło, by worki były refundowane. Szkoda, że nikt nie wymyślił, że mniejszą papierologią byłoby niektóre choroby zakwalifikować jako dożywotnie i nie bawić si© w orzecznictwo co kilka lat.

    • Wiesz, ja myślę, że tu nie chodzi tylko o to, które choroby są dożywotnie a które nie, ale o to komu ewentualnie można dać mniej pieniędzy, gdzie da się zaoszczędzić. Szkoda tylko, że to osczędzanie jest kosztem człowieka, który naprawdę potrzebuje pomocy, albo czasami po prostu wsparcia. A druga rzecz to głupota ludzka obarczona papierologią.

  • Jak czytam takie rzeczy lub o nich słyszę to mi się nóż w kieszeni otwiera. I mam ochotę mordować te wszystkie komisje orzekające. Albo tych którzy ustalają zasady orzekania. Ech… Czasami mam wrażenie że wszelkie instytucje w Polsce są po to by Polakom utrudniać życie.

    • No to ja nie wiem jak siebie opisać, bo ja takie rzeczy widziałem na żywo 🙂 Sam fakt myślenia o tej instytucji przyprawia mnie o ból głowy. Cóż poradzić, tak już jest, że jak chcesz w zyciu coś osiągnąć, Państwo zamiast ci pomóc, tym bardziej sprawia, że masz pod górkę.

  • Wiesz też jestem epileptykiem a do tego mam dziecięce porażenie mózgowe. Operacji po drodze też kilka. Ale studiuję poruszam się na wózku i babka w orzecznictwie stwierdziła „cytat skoro może pani mówić to i pracować a ja mam takie bóle w krzyżu że to jest dramat… orzeczenie stopień lekki na rok dopiero po odwołaniu przyznali mi stopień znaczny na stałe.

    • Klaudia, o rzeczach oczywistych nie musisz mi tutaj mówić, chociaż może niektórym powiedzieć by się przydało. Mam na myśli tych ludzi z orzecznictwa. Wiesz na czym polega problem? Na tym, że oni jadą według jakiegoś swojego ustalonego wzoru a nie patrzą indywidualnie na człowieka. W takim razie gdzie tutaj chodzi o dobro drugiej osoby? Ich wydanie orzeczenia nie kosztuje nic a osobie, która go naprawdę potrzebuje daje szansę na spróbowanie odrobiny normalnego życia.

  • Koniecznie złóż odwołanie i nie czekaj. Lekki to sobie w nos mogą wsadzić. Ja jako pracownik socjalny często ze swoimi podopiecznymi muszę chodzić na komisję. Ostatnio miała miejsce kuriozalna sytuacja, kiedy to osoba ubezwłasnowolniona musiała podpisać upoważnienie opiekunowi prawnemu, żeby ten mógł ją reprezentować, bo dokument wydany przez sąd, w którym jasno było napisane, ze ta osoba sama nie może o sobie stanowić nie wystarczył. I na nic się zdały moje dywagacje i przekonywanie pan w zespole. Podpis musiał być.

    • Renia, odwołanie złożyłem natychmiast jak tylko dostałem decyzję z Ośrodka Powiatowego. Na decyzję Komisji Wojewódzkiej czekałem trzy tygodnie (w tym czasie minął mi termin składania wniosków o dofinansowanie na naukę, którego i tak bym nie odstał, bo zmieniono mi orzeczenie), po czym Komisja Wojewódzka podtrzymała decyzję. I teraz zostaje jedna droga.

      Ja się tak tylko zastanawiam, bo Ty też podałaś przykład sytuacji, która jest dla mnie jak science fiction, jak może Państwo w ten sposób negować przepisy, które samo ustanowiło. Po raz kolejny się pytam; Gdzie tu jest człowiek?

  • Komisje orzekające, podobnie jak działanie służby zdrowia w Polsce, to jakiś pseudo twór. Mój ojciec jest po wylecieć, od dawna. Nigdy nie wróci do pełnej sprawności. Co 3 lata zapuszcza się jak jakiś żul. Nie goli zarostu, nie ścina włosów, zakłada najgorsze ciuchy i idzie na komisję. A wszystko po to, żeby przypadkiem nie stracić orzeczenia. Bo raz już się musiał odwołać, za dobrze wyglądał… To jest obłęd!

    • Naprawdę ja mam wrażenie, że to jest jedna i ta sama grupa. Nie wiadomo czy pomoże a czasami nawet zaszkodzi. Najlepsze jest to, że w dniiu, kiedy składałem odwołanie od decyzji była tam pewna kobieta (niepełnosprawna), która czekała również w tym samym terminie co ja na komisję, tylko, że przed komisją była na wózku inwalidzkim a po odbiór wypłaty świadczeń na podstawie orzeczenia już nie. I chciej tu człowieku w tym kraju być uczciwym.

      • Niestety, często w w tym kraju jest tak, że uczciwość nie popłaca… I albo ma się miękkie serce i twardą dupę, albo na odwrót. Mój ojciec nie ma wyboru – ciężko mu pracować, a do lekkich prac (stróżowanie, szatnia) nijak nie może się dostać. A renta w sumie i tak głodowa… Nie wiem, czy to wszystko się kiedyś zmieni, ale nie wróżę nic dobrego…

        • Do tych lekkich biorą też zazwyczaj ludzi po znajomości; jakiś syn człowieka z partii, który nie chciał się uczyć, ale potrzebuje pieniędzy. I miej tu potem motywację do pracy nad sobą i do jakiegokolwiek działania. Jak się ma dwadzieścia parę lat, to jeszcze człowiek ma chęć i siłę walczyć o swoje, ale młodość nie wieczność.

  • Nawiązując do tytułu – myślę, że nie ma takiego kraju, gdzie „warto”.

    • Sęk w tym, że tu już nawet nie chodzi o pieniądze, ale o ludzką godność.

  • Marta Kluczna

    Nasz kraj jest wyjątkowo słabo tolerancyjny. W każdej kwestii można to dostrzec. Jednak jeżeli chodzi o osoby niepełnosprawne to tutaj bijemy rekordy niesprawiedliwości… A komisje i inne podobne instytucje to zajmują sie typowa biurokracja i robią wszystko by jak najmniej osób dostało coś co naprawdę im się należy . Smutna rzeczywistość .

    • Przed latami 90 niepełnosprawni musieli sami dochodzić swoich praw. Teraz są przepisy, ustawy, rozporządzenia, ale jak przychodzi co do czego to każda osoba decyzyjna w tej sprawie interpretuje sobie dany przepis jak jej się spodoba. Efekt? Chyba nie trzeba tu wiele mówić.

  • Brak pogłębionego wywiadu, w komisji nie zawsze są specjaliści z danej dziedziny, system nie jest spójny oraz wiele innych elementów układanki nie pasujących do siebie – prowizorka – stan rzeczy, który najdłużej działa …

    • Robert, ale za taką ciężką pracę i takie pieniądze w ramach wynagrodzenia tylko trzy minuty rozmowy? To dłużej się już papierki wypisuje, a tu przecież chodzi o dobry wywiad. A dobra prowizorka powinna się, moim zdaniem, składać w całość 🙂

  • KrasnaLove Myśli

    Uważam, że w Polsce nie ma odpowiedniego wsparcia dla osób niepełnosprawnych, bo spycha się ich na margines i często jest tak, że oceniamy niepełnosprawnego po jego wyglądzie czy ubraniach, a nie po tym jak się czuje jakie ma problemy jak funkcjonuje w środowisku, czy daje sobie radę, czy może potrzebuje jakiegoś wsparcia czy pomocy. Jeszcze gorzej mają Ci, których niepełnosprawności na pierwszy rzut oka nie widać,bo wtedy najczęściej się im przyczepia łatkę osoby zdrowej, albo stymulanta. Takie jest moje zdanie. Trzeba było by zmienić mentalność i empatię polaków pokazać, że niepełnosprawny to nie jest gorszy człowiek i zwrócić uwagę na to, że na pierwszy rzut oka normalnie wyglądający człowiek może być chory i potrzebować pomocy.

    • O marginesach można długo rozmawiać a i tak każdy znajdzie sobie swój inny. Problem w tym, że z jednej strony na marginesie stawiamy osadzonych a z drugiej niepełnosprawnych. I tak, masz rację, że ocenia się człowieka po wyglądzie, po tym jaki jest a nie co mu jest. Z resztą potowierdziła to już Monika poniżej.
      Wiesz, jest jeszcze drugie podejście, nieco mniej znane w Pedagogice Specjalnej; Za osobę niepełnosprawną możemy uznać kogoś, kto nie jest w stanie pojąć, zaakceptować innego stanu rzeczy. To, kto teraz w takim razie jest niepełnosprawny?

  • Jak czytam takie rzeczy, to chce mi się płakać. Naprawdę. Choć sama (ani nikt z moich bliskich) takich problemów nie mam i nigdy bym ich mieć nie chciała. Bo i kto chce je mieć? Czy człowiek niepełnosprawny prosił się o nie? Oczywiście przeróżne opowieści słyszałam o komisjach lekarskich i zawsze nasuwa mi się ten sam wniosek: w znakomitej większości przypadków w tych komisjach siedzą osoby niepełnosprawne emocjonalnie. Brak empatii, brak jakiegokolwiek zrozumienia dla chorego, liczy się tylko jakiś porąbany system.

    • Rozumiem to, bo z jednej strony jest nad czym płakać, ale z drugiej, ten płacz niewiele zmienia. Z resztą mniej/więcej pewnie znasz moje podejście do tematu, po tym jak piszę, bo nie jesteśmy na tych blogach od wczoraj 🙂
      Ja rozumiem, że nie można w każdym przypadku kierować się ładunkiem emocjonalnym, bo wtedy żadne prawa, ani przepisy nie pomogą nam przeżyć do jutra, ale… Przepis to tylko martwa zasada a człowiek myśli i czuje, więc każdy jest inny. System jest ten sam, ale człowiek nie.

  • Narwany, jak to nie może ozdrowieć z dnia na dzień?! czytujesz mojego bloga, musisz się domyślać przynajmniej, że znam wiele przypadków , kiedy człowiek został całkowicie uzdrowiony z :epilepsji (a to jest nawet biblijny przykład!) , złamanej kończyny, wady wzroku, nieodwracalnego uszkodzenia płodu, nowotworu, śmiertelnego postrzału z broni palnej, zapalenia płuc, zwyrodnienia kręgosłupa ….tych historii mogłabym mnożyć! jaki z tego morał? Ci z komisji po prostu wierzą w cuda 🙂

    Wiesz…. w Polsce wiele rzeczy >nie działa<, ja też sama się często spotykałam z ….właściwie własną bezsilnością. Nie mam już nawet ochoty się tym żołądkować, bo wiem, że NIC się nie zmieni tam, gdzie nie ma dobrej woli. Przestałam już dawno liczyć na funkcjonalność placówek i dobrą wolę człowieka – nie żywię urazu, po prostu spoglądam Wyżej :- ) Dużo zdrowia i powodzenia! :):)

    • Zaskoczę Cię pewnie, ale…znam ten przykład i mocno w niego wierzę 🙂 Znam też te inne przypowieści, które mówią o uzdrowieniach i życie pokazuje, że to wcale nie jest fikcja, ale prawdziwa historia. Rodzaj cudów tych ludzi z komisji, chyba jednak się trochę różni 🙂

      Wiesz na czym polega mój problem? Jestem młody, mam 23 lata, chęć do działania i do zmiany. Zmiany czegoś na lepsze. Tak, zaczynam od siebie codziennie po wyłączeniu budzika, ale pomoc drugiemu daje zupełnie inne korzyści (niefinansowe). Niektórzy tego po prostu nie rozumieją, chociaż podobno powinni. Dużo dobrego Tobie również Iwona 🙂

      • Może trzeba ich zapytać, czy kierują się tą właśnie przesłanką? ;-p

        • Zrobię to jak tylko będę miał taką okazję 😀

  • Marysia

    Bardzo dobry tekst, otwierający oczy na wile spraw.

    • Mam taką nadzieję, że otwierający 🙂

  • Bardzo to wszystko smutne i prawdziwe 🙁

    • Prawda najczęściej jest bolesna, ale z nią łatwiej człowieka zrozumieć.

  • Grażyna Maria Cholewicka

    Doskonale Cię rozumiem, jestem osobą niepełnosprawną po wypadku, będącego efektem silnej depresji. Próbowałam pracować normalnie, ale zdrowie nie pozwoliło. Wolę nie pisać, jak wyglądała moja praca na stażu dla niepełnosprawnych w …ZUS ! nie dałam rady przepracować trzech miesięcy, tak mi tam zdrowie zniszczyli dając idiotyczne prace, zamiast nauczyć obsługiwania systemu na komputerze. Po mnie widać tylko, że lekko utykam i mało kto wie o mojej niepełnosprawności, czasem ludzie się dziwią, że mogą za mną parkować na kopertach… Jak chcesz, to napisz mi na priva, adres jest na blogu. Trzymaj się 🙂

    • No tak, ZUS i system. Od człowieka najlepiej jest tylko wymagać i najlepiej tego, czego powinno się go nauczyć. Druga rzecz, że w instytucjach tego typu często liczy się bardziej to co formalne niż sam człowiek. Szkoda tylko, że spotykając się z takim działaniem tracimy motywację do pracy. Życzę powodzenia 🙂

  • Znam przypadek gdzie u mamy mojej koleżanki stwierdzono schizofrenię. A komisja lekarska uznała, że jest to choroba, która nie przeszkadza w normalnej pracy w związku z czym zasiłek się nie należy. Dobrze, że podczas odwołania znalazł się jakiś przytomny lekarz…

    • Jak każda choroba, dopóki się nie ujawnia i nie daje w kość ludziom obok to nie przeszkadza w codziennym życiu. Norma, ale powiem Ci, że przytomność lekarzy pod tym względem rozkłada mnie na łopatki.

  • „Trzy lata, ewentualnie pięć, ale nie więcej, bo przecież osoba z czterokończynowym porażeniem może nagle zacząć chodzić.” – mój chłopak ma porażenie mózgowe dziecięce i zapytali się go na komisji ds. orzekania o niepełnosprawności czy jak ta komisja się nazywa, tu cytuję „Czy już Pan wyzdrowiał?” lub coś w tym stylu? Masakra 🙁

    „Pozostaje mi tylko w tej chwili życzyć wszystkim rodzicom niepełnosprawnych dzieci, trafienia na rozsądną komisję lekarską, bo nie jest dziś łatwo być niepełnosprawnym w Polsce.” – też tego życzę innym.

    Pozdrawiam
    Anna

    • Mam wrażenie, że czasami choroby cywilizacyjne przybierają niezwykle ciekawą postać. Przykładów mamy tutaj dużo i dobrze. Problem w tym, że te przykłady niczego biurokracji od tylu lat nie nauczyły.

      Nie wiem jak można sobie wyobrażać, że MPD od tak, po prostu znika. To tak, jakby założyć czarny płaszcz i udawać, że jestem Harry Poter i mam na sobie pelerynę niewidkę.