Nauczmy młodzież dyskutować

Pamiętam jeszcze, choć było to już prawie dwa tygodnie temu, jak zarzuciliście mi, że jeśli na imprezie nie ma krzeseł, to mało komu będzie chciało się dyskutować, bo dłuższa rozmowa, czy nawet dyskusja na stojąco jest po prostu niekomfortowa. Przyznam się Wam szczerze, że wziąłem sobie ten argument bardzo do serca; aż tak bardzo, że zacząłem się (jak to ja) zastanawiać nad tym, jaki związek mają krzesła z integracją i jak zwykle w tych myślach wylądowałem w szkole. Tak, wiem o tym, że już was to nie dziwi. Zacząłem myśleć nad sensem i bezsensem dyskusji, na lekcjach w szkole i po chwili mnie olśniło, że przecież heloooł; myśmy w szkole nie dyskutowali. Co prawda, nauczyciel/ka pytał się nas; Jakie jest nasze zdanie na ten temat?; no, ale wiecie; to było totalna fikcja. 

Wystarczyło, że moja interpretacja wiersza odbiegała od tego, co jest zapisane gdzieś tam, w magicznym programie, który miała nauczycielka i to wystarczyło, żebym z polskiego zarobił pałę. Nie było pytania: Dlaczego tak uważasz? Nie było żadnej możliwości dyskusji! Tylko wiecie, ja w tej chwili jestem na czwartym roku studiów i zapomniałem już, jak to jest nie móc mieć własnego zdania…

Ale jak to mamy dyskutować?

Przypomniała mi o tym dopiero moja grupa do Bierzmowania, ale może najpierw zacznę od początku. Zacznę od tego, że działając przy mojej parafii od dobrych kilku lat, w tym roku po raz pierwszy zdecydowałem się poprowadzić grupę do Bierzmowania. Tak szybko, jak się zdecydowałem, tak samo szybko się rozczarowałem… Myślałem, że ludzie w wieku 15 lat to już mają wyrobione swoje zdanie na pewne tematy, że mają nadmiar energii do działania i, że przede wszystkim chcą dyskutować. Bo chcą, tylko problem w tym, że nie mogą!

Podzieliłem moją grupę na dwa zespoły. Pierwszy miał wymyślić dziesięć argumentów za przyjęciem sakramentu Bierzmowania, a drugi miał podać dziesięć argumentów przeciw. Pomyślałem sobie; Nic prostszego chyba nie mogłem wymyślić? No i znowu się przeliczyłem…

Spojrzałem najpierw na te kartki; całe zapisane. No to teraz spróbujcie te argumenty sobie nawzajem, w grupach przedstawić. I było tylko takie…Yyyy, ale jak to?! Trzy razy zapytałem się ich; W czym mają problem? Dopiero za trzecim razem jedyna odważna dziewczyna powiedziała: No, bo proszę Pana, my w szkole na lekcjach nie dyskutujemy. Po prostu nie możemy mieć własnego zdania i tyle.

To po co nam taka szkoła?!

Po to, żeby naśladować? Naśladować to mogą dzieci jeszcze na początku w przedszkolu (byle tylko te zachowania dobre), a w szkole mają nauczyć się myśleć! W teorii, bo jak to wygląda w praktyce, wiecie sami. Musisz myśleć, ale tylko wtedy, kiedy przepisujesz zdanie z tablicy; musisz dyskutować, ale tylko wtedy, kiedy zostaniesz o to poproszony, a swobodna to może być tylko wypowiedź pisemna na zadany przez nauczyciela temat. Taka tam naturalna swoboda wypowiedzi.

W gruncie rzeczy, chcemy tego czy nie, musimy naśladować nauczyciela; czytać to, co nam każe, pisać wtedy, kiedy każe i wypowiadać się na określony temat. O czymś zapomniałem? Ach tak! Nie może zadawać zbyt wielu pytań, no bo, co jak się okaże, że te pytanie są zbyt mądre? Co będzie, jak się okaże, że Twoje pytania, pytania Twojego dziecka wykraczają poza materiał danej klasy? Będzie problem, bo może się okazać, że nauczyciel nie jest na nie przygotowany i co wtedy?
Wyobrażam sobie teraz taką sytuację, kiedy po zadanym przez ucznia pytaniu, wypowiada się jego kolega, po prostu mu na nie odpowiadając. Spokojnie…nie bójcie się, taka sytuacja na pewno w szkole nie będzie miała miejsca, bo to nauczyciel w tej klasie ma być autorytetem, a uczeń swoją wiedzą nie może przewyższać mistrza!

W szkole nie można dyskutować! 

W szkole nie można dziś dyskutować, bo co jak się okaże, że nauczyciel nie zna odpowiedzi? Straci swój autorytet, albo raczej pseudo autorytet. Mówię pseudo, bo uważam, że nauczyciel nie musi wiedzieć wszystkiego i nie musi mieć zawsze racji. Uwaga! Nauczyciel może się nawet pomylić, a uczeń ma prawo (albo nawet obowiązek) go poprawić! I możecie mówić, co chcecie, ale ja uważam, że prawdziwy nauczyciel dopiero wtedy zyskuje w oczach ucznia autorytet, kiedy jest gotowy się przyznać do błędu, kiedy potrafi powiedzieć, że czegoś po prostu nie wie, ale się dowie na następną lekcję! W końcu nikt z nas nie jest Alfą i Omegą. No, ale skoro w szkole dziś takich autorytetów nie ma, to uczniowie naśladują ten autorytet, który jest.

dyskutować

Uczeń naśladuje mistrza i stara się być jak najlepszy, nieomylny. Koniec końców klasa dzieli się na tych, którzy wiedzą wszystko i tych którzy, nawet jeśli czegoś nie wiedzą, to się do tego nie przyznają, bo przecież to wstyd! Wstydem dziś w szkole jest nie wiedzieć i wstydem jest się kogokolwiek zapytać. Zapytasz się nauczyciela, to Ci się oberwie, że przecież on to już kilka razy mówił; zapytasz się kolegi z ławki, to Cię wyśmieje, że tego nie wiesz. Najczęściej jednak młodzież się z siebie nawzajem nabija, kiedy ktoś z sali zadaje tak zwane…

 Głupie pytanie…

To nie ważne, że tak naprawdę nie ma głupich pytań, to nieważne, że w trzydziestoosobowej klasie młodzież jest przeróżna, bo najważniejsza jest norma. Normą w szkole jest, że wszyscy robią to samo, myślą tak samo, zawsze zgadzają się z nauczycielem (nawet jeśli nie ma racji) i są dzięki temu najmądrzejsi. Tak! To paradoksalnie oni wyznaczają w tej klasie poziom. Jeśli więc jesteś dziś uczniem słabym, takim, który potrzebuje więcej czasu, więcej pomocy, albo też takim, dla którego materiał przeznaczony na trzecią klasę podstawówki to za mało… Nic Ci na to nie poradzę, będziesz się musiał dostosować, bo…

W szkole nie ma czasu na pytania

Lekcja dziś trwa 45 minut i najważniejszą rzeczą w ich trakcie jest zrealizować materiał, a jeśli zostanie czas, to można zadawać pytania. Czyli nie można zadawać pytań, bo nigdy nie ma na to czasu, a najważniejszy w klasie nie jest uczeń, tylko temat lekcji. Koniec końców, nawet jeśli dziecko chce zadać nauczycielowi pytanie, to nie ma kiedy. Teoretycznie jest jedno rozwiązanie tego problemu, bo przecież można by się było zapytać kolegi/koleżanki. Tylko jak, skoro siedzi do Ciebie obrócony plecami? Pomijając już fakt, że mówienie od czyichś pleców nie jest zbytnio przyjemne, to chodzi tu przede wszystkim o kontrolę. Jak siedzisz do kogoś obrócony plecami, to trudniej jest Ci z nim dyskutować, więc nauczycielowi łatwiej jest taką klasę kontrolować. Przecież o to nam chodzi w edukacji, prawda?