Nie nadaję się do akademika

Trzy  lata – dla jednych to szmat czasu, dla innych z kolei, to tylko krótka chwila w życiu. Trzy lata może trwać mniej lub bardziej znaczący epizod naszego życia. W trzy lata można trzy razy stracić i dostać pracę. Można się też dwa razy przeprowadzić, jeśli kogoś na to stać. Niezależnie od tego, jak długo trwa ten epizod, na zawsze pozostawia trwały ślad gdzieś w naszej pamięci i daje do myślenia. Dla mnie takim epizodem było rozpoczęcie studiów. I to wcale nie dlatego, że pojawiły się nowe znajomości. Ja po prostu potrzebowałem tych trzech lat, żeby móc stwierdzić, że mimo mojej otwartości nie nadaję się do akademika.

Do akademika idą tylko imprezowicze

Kolejny mit związany ze studiami, który zamierzam obalić. Wcale nie dlatego, że chcę dopiec wszystkim imprezowiczom, których spotkałem na mojej trzyletniej drodze. Piszę to po to, żebyśmy mogli się pozbyć stereotypów związanych ze studentem – imprezowiczem. Uwaga! Nie każdy, kto mieszka w akademiku jest imprezowiczem (Mam wielką nadzieję, że nie wytrzeszczacie teraz swoich gałek ocznych ze zdziwienia). Jakby mnie ktoś teraz przypadkiem zaczepił na kampusie, to jestem w stanie bez problemu wymienić co najmniej 5 osób, które poszły na studia do akademika, mimo że nie są imprezowiczami. Tylko w takiej chwili z automatu nasuwa się pytanie;

Skoro nie są imprezowiczami, to po co poszli do akademika?

Na pewno nie po to, żeby się wyspać i nie po to, żeby się uczyć, bo jakby mieli taki zamiar, to zostaliby w domu. Bzdura! Racjonalnie myślący człowiek (no dobra, względnie racjonalnie) idzie do akademika, żeby nie jeździć codziennie po sto i więcej kilometrów, bo to po prostu nieopłacalne finansowo i zdrowotnie. Musicie mi uwierzyć na słowo, że wiem, co mówię, bo próbowałem tak jeździć na studia przez miesiąc i skapitulowałem.

Zrezygnowałem przede wszystkim ze względów finansowych, bo dojazdy na studia cztery razy w tygodniu wyniosły mnie tyle samo co mieszkanie w akademiku. No i nie samymi dojazdami człowiek żyje, bo w międzyczasie trzeba jeszcze coś zjeść, więc minimum 40zł dodatkowo szło na jedzenie. Pomijam tutaj już wszystkie wydatki związane z samym studiowaniem; wszystkie ksera i inne pierdoły. Koniec, końców po miesiącu wróciłem z powrotem do akademika, bo po prostu fizycznie nie byłem w stanie wyrobić. 

Pieniądze everywhere, a co ze zdrowiem?

Jedzenie, jedzeniem-wszystko fajnie, ale wypadałoby się jeszcze kiedyś wyspać. Pytanie tylko, kiedy jak zajęcia zaczynasz o 8, maksymalnie 9 a kończysz o 16, no i trzeba jeszcze dojechać do domu. Średnio taką stówkę kilometrów można pokonać ekspresówką nawet w godzinę, no ale w dwie strony to już dwie godziny-autem oczywiście. A że studenty to biedny naród, więc wszyscy jeżdżą busami – wiadomo; przystanki, ładowanie toreb do bagażnika, kupowanie biletów-to wszystko trwa, a PKS nie samolot, że nad korkami przefrunie.
akademik1
W gruncie rzeczy przyjeżdżasz do domu zmordwany (rodzice twierdzą, że niczym) i orientujesz się, że tak naprawdę, żeby zdążyć jutro na zajęcia powinieneś wstać za 5 godzin. Do wtorku, to jeszcze można wytrzymać, ale w czwartek-uwierzcie mi, że ma się ochotę rzucić tym wszystkim w trzy diabły. No, ale w końcu za mieszkanie we własnym domu i wygodę się płaci, zdrowiem także.

Jak nie do akademika to na mieszkanie. 

Tylko że mieszkanie prawie zawsze jest droższe, a jeszcze jak doliczyć sobie do tego, że niektórzy właściciele życzą sobie opłacanie miejsca przez wakacje. No nie bądźcie tacy leniwi i wyciągnijcie wreszcie te kalkulatory, przepraszam komórki… A woda z kranu i prąd też nie są za darmo. Możecie mówić, że jestem sknera, ale skoro mnie nie znacie osobiście (przynajmniej nie wszyscy), to na jakiej podstawie? Ja po prostu nie lubię wyrzucać zbędnie pieniędzy w błoto. Jak mogę sobie każdego dnia w miesiącu odkręcić kurek pod prysznicem, żeby zleciała wcześniej zimna woda, to czemu nie? Tak samo z gotowaniem, czy zmywaniem-nie muszę się patrzeć każdego dnia na licznik i zastanawiać się, czy pobiłem już rekord z zeszłego miesiąca, czy jeszcze nie. 

Dobra, przyznaję, że z roku na rok akademiki są coraz droższe, ale za komfort mieszkania obok uczelni się płaci-czasami. Bo zdarza się też tak, że Domy Studenta skupione są w jeden kompleks, z którego na wydział musisz sobie dojechać. No cóż, nie każde miasto to Cieszyn, że da się je całe przejść pieszo.
To teraz, jak już odpowiedzieliście sobie na pytanie: „Mieszkanie, czy akademik?”, zostaje jeszcze kwestia współlokatora.

Współlokator to skarb

I niekoniecznie trzeba go od razu zakopywać, chyba że nas doprowadza do szału. A może, bo ludzie są różni tak w życiu, jak i w akademiku. Problem zaczyna się w momencie, kiedy wiesz już na pewno, że to nie jest wspólne mieszkanie, ale wspólna walka. Ty chcesz zjeść i pozmywać, ale nie możesz, bo kolega zlew zawalił i zostawił. Ty chcesz iść spać, bo masz od rana zajęcia a kolega z pokoju wraca o 1 w nocy do pokoju, zapala światło i sprasza znajomych (podobno ten najgorszy etap mija po pierwszym roku). Co mówicie? Że z każdej sytuacji jest jakieś wyjście? No jest, ale stracone nerwy są bezcenne. 

Chcesz wiedzieć, czy nadajesz się do akademika? Zapytaj siebie, jak wiele jesteś w stanie wytrzymać i gdzie jest Twoja granica.