Lekcje WF-u w szkole podstawowej to fikcja

Przyznam, że trochę to trwało, zanim po ostatnim samobójstwie się pozbierałem. No, ale teraz już jestem, mam nadzieję, że na dłużej i że nie będę samobójcą po raz kolejny. Na pewno nie przez kolejne dwa lata, bo mniej więcej tyle zostało mi do skończenia studiów. I w sumie to nie wiem, czy mam się cieszyć, czy płakać, bo z jednej strony; Jest Super! Siedzę sobie wygodnie na studiach, robię na dobrą sprawę już trzeci kierunek i jedyne co mnie na tę chwilę przeraża, to świadomość wysokiego wieku emerytalnego, którego mogę nie odżyć i możliwość (albo jej brak) znalezienia pracy, mimo najszczerszych chęci. Ten, kto mnie zna, pewnie się domyśla, że wcale mi ta wygoda nie odpowiada, no bo ja, w końcu jestem Narwany.
Na szczęście albo niestety przyszła rola Pedagoga Specjalnego, będzie wymagała ode mnie wielkiej kreatywności. Takiej samej, jakiej wymaga się dziś od nauczycieli Zintegrowanej Edukacji Wczesnoszkolnej na lekcjach WF-u w szkole.

Lekcje WF-u to porażka

Zanim jednak zacznę na dobre marudzić, to wypada mi wrócić na początek, albo jeszcze nawet wcześniej i wyjaśnić Wam skąd w ogóle takie herezje w mojej głowie. No to już wyjaśniam.

Po pierwsze; nie są to żadne herezje, tylko fakty, a że w szkole  niektórzy z nas byli ostatni raz ponad dekadę temu (a może nawet więcej), to możecie nie wiedzieć, że za lekcje WF-u w szkole (w klasach 1-3) odpowiada wychowawca a nie żaden tam wuefista.

Po drugie; należy Wam się wyjaśnienie; dlaczego fikcja?

Wychowanie Fizyczne (jak nazwa wskazuje) to w teorii wychowanie do aktywności fizycznej. Do nauczycieli wychowania fizycznego ( a w klasach 1-3 do wychowawcy klasy) należy więc obowiązek stworzenia uczniom takich warunków, żeby (zwłaszcza na wczesnym etapie edukacji) ich ręce, nogi, mięśnie, kości i przede wszystkim MÓZG rozwijały się prawidłowo. Generalnie rzecz biorąc niby proste zadanie, a jednak wuefiści jak widać, nie podołali. Po pierwsze dlatego, że nastawili się na uprawianie sportu, zamiast uprawianie wychowania fizycznego, a to są dwie różne rzeczy. Po drugie (co wynika z pierwszego) nauczyciele wychowania fizycznego bardzo sztywno trzymają się zasad oceniania; Jeśli nie zrobisz 50 pajacyków, nie zaliczysz ćwiczenia. Czy tak ma wyglądać lekcja WF-u w szkole? Jasne, że nie!

Lekcje WF-u to nie konkurs

W którym bijemy rekordy i zabijamy się o najlepsze oceny. To nie rywalizacja o sekundy, ale współpraca i pomoc. To nauka zdrowego stylu życia, a my zrobiliśmy dziś z tego dyscyplinę sportową. Ludzie! Jak można?! Jak można wpajać dzieciom zdrowy styl życia przez rywalizację. Jak można dziecku obniżyć ocenę za to, że wykonało 50 pajacyków w ciągu minuty, a nie 100? W końcu, jak można sprawić, żeby najlepsi przyjaciele ze szkolnej ławki, na lekcji WF-u stali się dla siebie na 45 minut wrogami?

rywalizacja

Tak macie rację, że to jest niedorzeczne, ale to wszystko dzieje się dziś w naszych szkołach. Skutek jest taki, że dla dziecka z nadwagą, z cukrzycą, z problemami psychicznymi lekcja WF-u jest lekcją najgorszą z możliwych. Bo dziś już nawet na lekcji WF-u wychowują nas i Wasze dzieci do rywalizacji, do mody, do uprawiania sportu, zamiast kultury fizycznej. W końcu namawiają młodych ludzi, żeby wyglądali tak jak gwiazdy w mediach; szczupłe, wysportowane i dzięki temu szczęśliwe.

To wszystko wina systemu

Systemu, który na każdym etapie edukacji każe nam dzieci oceniać a nauczycielom robić systematyczną ewaluację. Systemu, który mówi, że za wychowanie fizyczne Waszych dzieci w klasach 1-3 odpowiada ten sam nauczyciel co za nauczanie zintegrowane (kolejne trudne pojęcie, które oznacza normalną lekcję). Jeśli choć trochę interesujecie się tym, co dzieje się w szkole i jak wychowywane są Wasze dzieci, to proszę was; powiedzcie, że Was też to boli. To, że Wasze dziecko, możliwe, że w jedynym miejscu, w którym może się kultury fizycznej nauczyć, po prostu ją olewa, bo nauczyciel stworzył sobie z tego konkurs. To, że nauczyciel, który ma na głowie dwudziestu paru uczniów, których musi nauczyć czytania, pisania, liczenia, jak odróżnić liście klonu od liści kasztanowca i jak się w stosunku do siebie kulturalnie odnosić, żeby wszystkim w szkole było milo i przyjemnie musi jeszcze zorganizować dzieciom lekcję WF-u, pomimo że nikt się go o to nie zapyta, czy chce i przede wszystkim; czy potrafi. Ten nauczyciel ma to po prostu zrobić i już. Bo tak rozporządzenie przewiduje.

To ja się Was (nie tylko rodziców) teraz pytam; Czy w takiej szkole da się dziecko fizycznie i kulturalnie wychować?

  • Nie mogę się z tobą nie zgodzić. Mam jeszcze wspomnienia (nie tak zamierzchłe) ze swojej szkoły i mogę dużo opowiedzieć o wychowaniu fizycznym. Na przykład to, że w podstawówce dostałam zwolnienie od dyrekcji, bo często zdarzały mi się kontuzje przy normalnym trybie ćwiczeń z kolegami z klasy i nauczyciel bał się, że jak dojdzie do czegoś poważnego, to zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Albo to, że w gimnazjum musiałam poprosić lekarkę o zwolnienie, bo nauczyciel zamiast dostosować system oceniania, stawiał mi stopnie, jakbym była zdrowa i WF oznaczałby dla mnie pożegnanie się z paskiem, typendiami itd. Aż wreszcie przyszło LO, gdzie naprawdę chciałam chodzić na WF, tyle że nauczyciel powiedział mi, że nie ma sensu, bo on nie wie, jak mnie ocenić.
    Tak naprawdę dopiero na studiach zaczęłam ten przedmiot i tutaj, gdzie liczy się obecność i starania, bardzo mi się podoba. To dla mnie niepojęte, że tak nieznaczne problemy, jak moje (miałeś okazję widzieć na żywo, że nie jest ze mną tak źle;) ) są zaporą nie do przejścia w nauczaniu WF.

    • Coś mi tam już kiedyś wspominałaś na ten temat na uczelni, ale chyba zbyt malo, żeby można było na ten temat książkę napisać. Mam wrażenie, że nauczyciele wf-u w tym wypadku za bardzo się bali o swój rozwój zqwodowy i przez to przestali dbać o rozwój fizyczny „każdego”.

      Druga strona medalu o której piszesz, to ta, że nie można kogoś oceniać za to, że nie jest w pełni zdrowy, w pelni wysportowany, bo nie o sport tutaj chodzi. Dla osób z jakimiś dysfunkcjami wf też może być formą rehabilitacji tylko trzeba go umiejętnie poprowadzić.

      Nam się akurat udało na studiach trafić na rozsądnych nauczycieli, bo możliwe, że stwierdzili: „I tak siłą ich tu nie zaciągniemy”, ale na swój sposób na tym etapie jest to dobre 🙂 A uwierz mi, że jeszcze w Twoim przypadku jak się człowiek nie przyjrzy to w zasadzie nie widać „niepełnosprawności”. 🙂

  • Z tego co pamiętam, to wuefiści zawsze wymagali, nigdy nie uczyli. Kuriozalne były biegi na kilkadziesiąt- kilkaset metrów, nawet bez dobrej rozgrzewki. To obrzydziło wręcz sport całej rzeszy dzieciaków, które z natury rzeczy są spragnione ruchu i aktywności. Może teraz coś się zmienia, ku dobremu, ale z tego co rozmawiam ze znajomymi to optymizmem jakoś nie wieje od strony sal gimnastycznych… 🙁

    • Pewnie nadal wychodzą z błędnego założenia, że wychowywać to mają rodzice w domu, a oni muszą tylko przetrwać te 45 minut. Sam też przeżyłem takie sytuacje jak opisujesz, że przygotowując się do dłuższego biegu musiałem sobie rozgrzewkę przeprowadzić sam.

      Teraz, kiedy wyszedłem już ze szkoły i pojawiam się tam w ramach praktyk, to muszę Ci powiedzieć, że zupełnie inaczej postrzegam pewne sprawy. Nauczycielki w klasach 1-3 nie mają pojęcia co z dziećmi na wf-ie robić a w skrajnych przypadkach dzieci na tym etapie nawet nie wiedzą jak wygląda prawdziwa sala gimnastyczna.

  • Niestety dzieci często wykręcają się od lekcji w-fu zwolnieniami. Często jest to nielubiany przedmiot. Na szczęście moje dzieci lubią sport i z w-fem nie mają problemów.

    • To też dlatego, że nierzadko wf jest ostatnią lekcją kiedy dzieciom już się po prostu totalnie nic nie chce. Powinno być zupełnie na odwrót. Wf na pierwszych zajęciach sprawiłby, że te dzieciaki nawet lepiej by myślały na kolejnych lekcjach 🙂

  • Widzisz ja trenowałam 13 lat judo i w moim klubie była taka tradycja, że po maturze dziewczyny szły na AWF, najczęściej do Warszawy. A ja się zbuntowałam i poszłam an politologię, a potem historię i politykę społeczną. Dlaczego, dlatego że mimo tego iż kocham sport i nie wyobrażam sobie dnia bez jakiejkolwiek formy ruchu to pamiętam: brak profesjonalizmu nauczycieli WFu, kiepskie warunki do lekcji, monotonnie i laski, które 30 dni w miesiącu miały miesiączkę 😀 w ogólniaku załatwiłam sobie układ, że zamiast tracić czas na udawaniu, że ćwiczę na lekcji robię w tym czasie trening: siłowy, biegowy,albo basen co było idealnym dopełnieniem mojej formy na macie:)

    • Ja zawsze jak widzę nauczycieli AWF-u to mam jakieś dziwne przeświadczenie, że oni bardzo lajtowo traktują swoje studia. Pewnie wynika to z faktu, że nigdy na takiej uczelni nie byłem. No, ale potem jak się widzi takiego praktykanta na lekcji to też wiele z tego można wywnioskować.

      Koniec końców jest taki, że jeśli człowiek sam o swoją kondycję nie zadba, to szkoła tego za niego nie zrobi. Po pierwsze nie ma jak podczas lekcji 45 minutowej, a po drugie na sali gimnastycznej i tak nie ma jak dzieci pomieścić, żeby móc ćwiczyć z nimi w komfortowych warunkach. Wielu nauczycielom wf-u brak też podejścia wychowawczego i stąd potem te zwolnienia 🙂

  • Grażyna

    Miałam WF w szkole bez sali gimnastycznej. I wspaniałą nauczycielkę, która urządzała nam wyścigi na sankach, coś w rodzaju zumby na szkolnym korytarzu, lekcje tańca… Nie narzekała, ze nie ma jak. Sprawiała, ze się chciało i że było przyjemnie. Może to jest recepta? Słuchać potrzeb i je realizować mimo wszystko?

    • Teraz za takie postępowanie groziłby jej pewnie jakiś paragraf, ale wtedy przecież naprawdę liczył się ruch i efekt. Teraz liczy się przesadne przestrzeganie zasad BHP. Problem w tym, że dziś już nie ma „mimo wszystko”.

  • No niestety – WF w szkole to słabe ogniwo. Bardzo często godziny przeznaczone w planie lekcji na aktywność fizyczną są wykorzystywane na próby do przedstawień czy innych tego typu rzeczy. A „wychowanie fizyczne” spada na rodziców – pół biedy jak ci rodzice są aktywni…

    • Powiedziałbym, że konkuruje z religią jako przedmiotem. Ten sam problem; co zrobić, żeby było dobrze. I na etapie najważniejszym dla rozwoju człowieka zanika ruch, sadza się go w ławce, albo na parkiecie, na sali gimnastycznej. A równi dobrze przedstawienie mogłoby się odbyć na lekcji historii jako wychowania do kultury. Dużo się mówi o tym, że jak nie wszczepimy dziecku pewnych wartości na starcie to potem jest już za późno, ale masz rację, że szkoła przecież wszystkiego za rodziców nie zrobi 🙂

  • Nienawidziłam w-fu, bo byłam mała wątła dziewczynką i raczej mi nic na tej lekcji nie wychodziło, a jak pani z w-fu w klasie 7-mej dopingowała mój bieg na 100tkę wołając „kuternoga” to się załamałam i pamiętam to do dzisiaj. Od tamtej pory sport jest dla mnie złem i nawet nie oglądam go w telewizji, nie kibicuję polskim sportowcom i nie rozumiem tego fenomenu rywalizacji. Taką mam traumę.

    • Nie wierzę w to, że można do dziecka w taki sposób powiedzieć i to w sytuacji w której jest się nauczycielem… Bo pomijając kwestię kultury, to jednak nauczyciel jest w szkole jakimś tam autorytetem a ta pani nieźle sobie i innym w reputacji nabruździła. Najważniejsze jest jednak to, że rozminęła się z celem swojej pracy i zamiast wychowywać fizycznie sprawiła, że to co dla Twoich bliskich jest przyjemnością, dla Ciebie jest karą za edukację w podstawówce.

  • Dla mnie w-f był najgorszą szkolną traumą, ale właśnie od czwartej klasy, odkąd do akcji wkroczyli wuefiści. W klasach 1-3 w-f, prowadzony przez wychowawczynię, miał jeszcze jakieś znamiona rekreacji. I dopiero wuefiści zaczęli nas oceniać według tabelek.

    • To jest już kolejna kwestia sporna; kto tak naprawdę tego wf=u powinien nauczać. Bo z jednej strony nauczyciele w klasach 1-3 nie mają do tego przygotowania, ale potrafią dzieci zarazić do wspólnej zabawy i integracji. Z drugiej strony nauczyciele wychowania fizycznego mają na ten temat wiedzę, ale co z tego, skoro liczy się dla nich ocena?

  • Ja nigdy nie lubiłam zajęć sportowych w szkole, a dziś biegam na siłownię i fitness. W-F był nudny. 45 minut to powinna trwać rozgrzewka, a nie cała lekcja. I żaden nauczyciel nie potrafił nauczyćnas prawidłowej techniki przysiadów czy pompek – poznałam je dopiero w klubie fitness.

    • Bo nie chodzi o same zajęcia sportowe, ale o wychowanie fizyczne a w szkole często się myli te dwa pojęcia. I też jestem zdania, że 2 45 minut to się nawet człowiek nie zdąży porządnie spocić. Nie wiem jak nazwać ten problem z przekazywaniem wiedzy nauczycieli wf-u w praktyce, ale to jest bardzo ciężka sprawa jak na praktycznym przedmiocie nauczyciele nie potrafią zastosować swojej wiedzy. No i druga rzecz; że jak nie zapłacisz to się nie dowiesz.

  • Muszę Cię na początku trochę ochrzanić. Tytuł jest nieprecyzyjny – pisząc „Lekcje WF-u w szkole to fikcja” wprowadzasz czytelnika w błąd. Sam będąc wf-istą po tytule wnioskowałem, że odniesiesz się do całego systemu nauczania tego przedmiotu w szkole, od podstawówki do szkoły ponadgimnazjalnej. Gdybyś zawarł informację, że dotyczy tylko tylko klas 1-3 to bym Ci w pełni przyklasnął.

    Zacznijmy od tego, że obecne dzieci to nie te same dzieciaki, które rodziły się w latach 80-tych. Kiedy to nikogo nie trzeba było zachęcać do aktywności ruchowej. Wtedy ruch wynikał z naturalnej potrzeby wypełnienia czasu, a wf tylko pokazywał różne formy ruchowe, które następnie ze znajomymi się weryfikowało na boiskach i różnych placach. Dzisiaj wypełnieniem czasu są smartfony i tablety, a nie wspomniany ruch – przez co dzieci są dużo słabsze fizycznie. Rodzice często także mają sprawność swoich dzieciaków gdzieś podsuwając im je pod sam nos, tylko po to by mieć spokój – zazwyczaj po powrocie z pracy, a cały ciężar w tym temacie zrzucając na szkołę. Tak się nie da.

    Praca z maluchami zwłaszcza na lekcji wychowania fizycznego powinna być prowadzona przez specjalistę. Tutaj w pełni się z Tobą zgadzam – nauczyciel nauczania początkowego nie jet dobrym rozwiązaniem. Jeśli ktoś jest do wszystkiego to jest do niczego – parafrazując znane powiedzenie. Często nawet zastanawiam się czy nie powinna być odpowiednia specjalizacja by prowadzić takie dzieci, tak jak to jest ze specjalizacjami z gimnastyki, siatkówki, piłki nożnej czy pływania.

    • Zweryfikowałem już swój błąd w tytule. Dzięki za to upomnienie, bo jednak jeśli chodzi o szkołę i edukację to cały czas się uczę na błędach.

      Masz rację, że system wychowania dzieci teraz różni się dosyć mocno od tego w latach 80-tych, który niestety znam tylko z podręczników. Problem natomiast polega na tym, że w szkole od tego czasu trochę się zmieniło, ale też w codziennym życiu wiele się zmieniło. Przede wszystkim staliśmy się bardziej leniwi, wygodni i zasiedliśmy do komputerów, telefonów i innych tego typu rzeczy od których ciężko jest się oderwać.

      Mnie jeszcze w podstawówce ciężko było przyprowadzić z podwórka do domu, ale na przykład z moimi młodszymi kuzynami (mieszkającymi kilka bloków dalej) było już zupełnie inaczej. Tu chodzi też o jakiś dziwny pęd życia za tym co niekoniecznie dobre. Rodzice już nie wychodzą z dziećmi pograć w piłkę, mimo, że boiska są w coraz to lepszym stanie. Niestety szkoła nie jest w stanie wszystkiego zrobić za rodziców, ale też z drugiej strony patrząc cały czas mamy problem ze współpracą; rodzice-szkoła-dziecko.

      Powiem Ci, że coraz bardziej zaczynam się obawiać mojej przyszłości zawodowej. Nie dlatego, że mi to nie pasuje, ale dlatego, że chcąc pracować z dzieciakami będę musiał poddać się systemowi, który wymaga od nauczyciel nawet tego, na czym się nie znają. A przecież w ten sposób krzywdzimy te dzieci…

    • Urodziłam się w połowie lat 80 i o ile kochałam ruch na przerwach (berek! krowa! chowanego! piłka! hula-hop!) o tyle przez w-f znienawidziłam fitness do tego stopnia, że teraz, jako skomputeryzowana trzydziestolatka, nie umiem się przełamać, żeby zacząć chodzić na siłownię. To „pokazywanie różnych form ruchowych” to fikcja. Już od drugiej klasy SP mieliśmy zawody ze sprawności, rywalizację, odhaczanie kolejnych aktywności na zaliczenie na ocenę (mostek, stanie na głowie, fikołki, skoki w dal, skoki przez kozła, rzuty piłką lekarską itd.). Wielu z tych aktywności nienawidziłam, a te, które kochałam, były zdecydowanie zbyt rzadko, nie mieliśmy też możliwości wyboru, co będziemy robili. Bardzo szybko doszło też wyśmiewanie osób mniej sprawnych czy pewnych siebie, któremu nauczyciel się bynajmniej nie przeciwstawiał (czasem nawet podjudzał). Ponieważ zmieniałam szkoły, zmieniałam też nauczycieli… i było coraz gorzej. W liceum nauczycielom w ogóle skończyła się fantazja, dziewczyny grały tylko w pingponga albo siatkówkę, a chłopcy – w piłkę nożną i koszykówkę. Brrr.

      • A nas w szkole zawsze nauczyciele pilnowali, żebyśmy się w takie niebezpieczne zabawy w szkole nie bawili. A trochę szkoda, bo teraz widzę, że dzieci w podstawówce już siedzą tylko z telefonami w ręku. I pokazywanie różnych form nie jest takie wspaniałe, bo każdy nauczyciel jednak pokazuje te na których się najlepiej zna a nie wszystkie.

        Druga rzecz którą poruszyłaś to fakt, że w szkole nie tylko system i nauczyciele są okrutni, ale także koledzy i koleżanki z klasy. Zwłaszcza jak Ci coś nie wychodzi. O szkole średniej już nie wspomnę, bo tam lekcje wf-u to naprawdę nie wiem czasami po co są.

  • Byłam zawsze b. dobrym uczniem, a co…a w-f już w podstawówce to była porażka, bo zaniżał mi średnią 😉 Ech…4+ 🙂 I te kompromitujące ćwiczenia. Nie, dziękuję.
    Mąż ostatnio mnie oświecił, że dzisiaj dzieciaki na w-f chodzą w jeansach…że to fikcja trochę w innym znaczeniu

    • Ja jednak ludzi nie rozumiem…Jak można na wf-ie myśleć tylko o średniej? 😛 Przecież to powinna być przyjemność sama w sobie, a to, że ocena? Przecież to tylko taki dodatek 🙂

      Niestety muszę Ci powiedzieć, że to oświecenie przez Twojego męża, to nie jest jednorazowy przypadek.

      • No byłam ambitną uczennicą 🙂 Co zrobić…teraz patrzę na to nieco inaczej 😉
        A jeśli skala jest tak duża, to…rzeczywiście warto byłoby coś zmienić. Dla mnie wf powinien być na „zal” i mierzone powinno być zaangażowanie.

        • Też jestem tego zdania. Nie wszystko co mamy w szkole musi być oceniane tak bardzo skrupulatnie i poddawane pod system. Czasami wystarczy coś zrobić dla samego rozwoju tych dzieci 🙂

  • Pamiętam ten moment, gdy WF miałem z nauczycielem historii – to była parodia dopiero. Wiele osób się skarży, że teraz to połowa dzieciaków ma zwolnienie z WFu z miliona różnych powodów. Ciekawe czy rzeczywiście tak jest…Mój WF to było wszystko od gier zespołowych po indywidualne ćwiczenia, bieganie, skakanie, rzuty piłką itp. Koniec końców miło to wspominam 🙂

    • Ja bym powiedział, że to było raczej historyczne wydarzenie 🙂 Ale chyba kiedyś zarówno rodzice jak i nauczyciele byli mniej pobłażliwi niż teraz i po prostu isę na wf-ie ćwiczyło. Mam wrażenie, że dziś ludzie stają się coraz bardziej wygodni, robią coś wbrew sobie, żeby tylko mieć spokój a potem konsekwencjami ma się zająć szkoła.

  • Iwona Siekierska

    System czy rodzice? A może to jest tak, że zwalamy wszystko na nauczycieli a sami nawet miesiącami nie ruszymy się z kanapy, co wnikliwie obserwują nasze dzieci? A potem po prostu nie chce im się ćwiczyć? Bo mają taki a nie inny przykład w domu?

    • Ja bym powiedział, że jedno i drugie, bo nikt tutaj nie jest do końca bez winy. Jednak dzieci podczas jednej godziny wf-u w szkole nie będą się odpowiednio fizycznie rozwijały jeśli nie wyniosą tego z domu .

  • Jak dzisiaj kocham ćwiczyć to nie nawidziłam wf’ów w szkole, dopiero się to zmieniło na uczelni, kiedy mogłam wybrać co chce na nim robić …

    • Bo na tym polega cała frajda, że robi się to, co naprawdę sprawia nam radość a przy okazji dbamy o zdrowie 🙂

  • Coś jest takiego w naszych publicznych szkołach, że o zajęcia WF-u nikomu nie chcę się przyzwoicie zadbać. Dla sportowca z pasją zorganizowanie fajnych i rozwijających zajęć dla dzieciaków to bułka z masłem. Od lat obserwuję polską szkołę pod tym względem, ale też rodziców zwalniających swoje pociechy z zajęć sportowych z byle powodu. Tylko czemu naród dziwi się chorobom cywilizacyjnym, wadom postawy, otyłością i złym nawykom żywieniowym.
    Mój syn chodził do prywatnej szkoły i WF był na super poziomie. Bez taryfy ulgowej dla kogokolwiek. Córka chodzi do państwowej i 4 rok praktycznie nie ma WF-u.

    • U mnie na studiach opowiadają taki kawał, że lekcje wf-u to zawsze jest wina dwóch stron:szkoły i systemu. Oczywiście to jest nieprawda, bo bardzo dobrze wiemy, że wpływ na to ma wiele innych czynników. Problem jak zwykle polega na tym, że coraz mniej mamy prawdziwych pasjonatów, który potrafią ludzi zarazić tym co robią. Tak samo dotyczy to lekcji wf-u gdzie nauczyciel ma być żywym przykładem. Bynajmniej nie chodzi tu o głód.

      Mój nauczyciel akademicki, fizjoterapeuta zawsze powtarza, że winą jest to, że narząd ruchu stał się narządem bezruchu. W sumie dzięki temu ma robotę. No i kończy się na tym, e jak zapłacisz to wszystko można…

      • Smutne to i trudne do zrozumienia i zaakceptowania. Tak niewiele wystarczy, żeby pokazać dzieciakom dobre rzeczy, dać im dobry przykład.

        • Ale wiesz, tak sobie myślę, że jeśli moje studia mają mieć jakiś sens, to ja się tak łatwo nie poddam 🙂

  • Dokładnie jest tak jak piszesz! Lekcje WF-u stanowią dla uczniów albo okazję do „haratnięcia w gałę” między „matmą”, a „przyrą”, albo wolne 45 minut na odrobienie zadań domowych. Większość nauczycieli WF-u spędza 3/4 lekcji w roku w swojej „kanciapie”, zostawiając dzieciaki same sobie.

    • I to jest smutne z kilku powodów. Po pierwsze, że zajęcia wf-u zamiast być atrakcyjnymi i wpływającymi na nasz rozwój stają się zapchajdziurą. Po drugie; od lat wiadomo, że bezsensem są zajęcia 45 minutowe. Przecież tyle to powinna trwać dobra rozgrzewka. No, ale jak widać skoro od lat nic się nie zmienia, to może ma to jakiś sens?

  • w pierwszych trzech klasach podstawówki faktycznie wychowawca prowadził wf. wychowawca prowadził wszystko. i wf, i matematykę, i muzykę. i chyba wtedy jeszcze ocen nie było, tylko takie śmieszne kolorowe buźki. ale od 4 klasy pamiętam, że normalnie był wf z wuefistą. i wiele od tego wuefisty zależy. zaczynając od takich typu „macie piłkę i grajcie”, a kończąc na wyciskających z uczniów siódme poty i wymagających sprawności olimpijczyka. ja akurat wf zawsze lubiłam, chociaż byłam kiepska w gry zespołowe, które niestety przeważały. oceny miałam różne. za gibkość zawsze wysokie, ale za rzuty piłką czy biegi niższe. mimo wszystko moja ocena końcowa z tego przedmiotu nigdy nie była niższa niż 4, bo sumiennie chodziłam na zajęcia, nosiłam strój i chciało mi się ćwiczyć. i za chęci oraz postawę zawsze nauczycielka podnosiła, bo mówiła, że to jest ważniejsze od kondycji czy wrodzonej sprawności.

    • To ,że nie ma oceniania kaurat jest dobre, ale powiem Ci, że patrząc w perspektywie przyszłości, gdzie nauczyciele są najbardziej niedocenianą grupą zawodową w Polsce a robić muszą tyle, że głowa mała – zwłaszcza w klasach 1-3. No jest się nad czym zastanawiać. Mam wykładowcę nau czelni, Fizjoterapeuta, który mówi, że najgorsze zajęcia wf-u w szkole to zajęcia na macie; „Macie piłkę i grajcie”. Niestety przez całą moją edukacją maiłem tylko jednego nauczyciela, którego wspominam dobrze i który prowadził wf w taki sposób, że i dawał wycisk i miało się ochotę na te zajęcia przychodzić.

      Drugie niestety odnosi się do tego, że tylko w gimnazjum miałem nauczyciela który stawiał nam oceny nie za to, że jesteśmy jak sportowcy, tylko za to, ze wkładamy w te zajęcia swój wysiłek i to widać 🙂

  • Uważam że oceny to porażka i pomimo że w klasach 1-3 jest zakazane stawianie ocen a mają być opisowe to nauczyciele są jak beton. Temat szkolnictwa to szeroki temat, są osoby w Polsce które reorganizują system szkolnictwa na zasadzie dobrowolnego programu przy porozumieniu z dyrekcją, ale to powolny proces.

    • Nauczyciel są jak beton, bo koniecznie chcą mieć jakieś podstawy do tego, żeby widzieć postępy. I tu znowu pojawia się problem braku kreatywności i elastyczności w szkole. Bo przecież nie wszystko zawsze musi być udokumentowana na papierze. Czasami to po prostu zbędna papierologia. Wiem o tym, że nauczyciel mogą wprowadzać swoje autorskie programy, ale rzeczywiście jest to kwestia bardzo długofalowa i cały czas jeszcze trzeba mieć na uwadze tą starą kadrę 🙂

  • WF w szkole wspominam bardzo źle. To był ciągły stres i kiepskie oceny za to, że nie było się wystarczająco dobrym, szybkim itd. Nie było np. nauki biegu, tego jak się do tego prawidłowo przygotować, jak biec by nie mieć kolki… nic z tych rzeczy, tylko od razu bieg na ocenę. Jednak największą porażką było stanie na rękach… zero przygotowania fizycznego mięśni rąk, pleców i brzucha… jak człowiek stracił równowagę, runął na ziemię i poobijał się, to jeszcze zbierał ochrzan, że niepokoi nauczyciela.

    • Widze, że nie tylko ja mam takie wspomnienia. A to o czymś jednak świadczy, bo chodziliśmy do szkoły w różnych okresach czasu. Ja też w podstawówce uwielbiałem biegać, ale nauczyłem się tego sam, gdzieś po godzinach na podwórku. Stania na rękach nie doświadczyłem i w sumie to się z tego cieszę, pomimo, że wpływ na to miały moje względy zdrowotne.

  • Ja ze względów zdrowotnych byłam zwolniona z lekcji w-f ale codzienne ćwiczenia zastępowały te zajęcia 🙂

    • Lekcje wf-u w szkole to jak wiemy nie wszystko 🙂

  • Nie wiem, jak jest dzisiaj, przy obecnych nauczycielach w naszej podstawówce. Ja z lat klasy 1-3 nie wspominam źle lekcji wychowania fizycznego. Nauczycielka, mimo że ta sama nie robiła chorej rywalizacji. Więcej było w tym wszystkim zabawy. Piłki, szarfy i inne cuda były normą. Schody zaczęły się od 4 klasy. Wtedy już specjalista od przedmiotu i oceny za odpowiedni wyniki. W zasadzie ciesze się, że za długo w tym nie musiałam uczestniczyć. Operacja równała się z brakiem problemu z lekcjami wychowania fizycznego.

    • To o czym piszesz jest jednym z plusów, że w klasach 1-3 nauczyciel, który prowadzi lekcje, prowadzi też wf. Ma to o tyle większy sens, ze rzeczywiście nie ma tej chorej rywalizacji. Szkoda tylko tych dzieci, bo z zasady szkoła powinna być bliska dziecku a tymczasem mam wrażenie, że ten cały konkurs dzieje się bez najważniejszych ludzi.

  • Wf w klasach 1-3 miałam na korytarzu i były to głównie zabawy ruchowe, o ile pamiętam, czasem jakieś przewroty. W 4-6 i gimnazjum WF to był dla mnie ogromny stres, potwornie bałam się gimnastyki, tych wszystkich przewrotów, stania na rękach, ćwiczeń na drążkach. Bałam się, że złamię sobie kark albo się zabiję, tak mi to utkwiło w głowie, że nie mogłam się przemóc. W dodatku nauczycielka była otyła i demonstrowała nam jakieś ćwiczenia baaardzo sporadycznie, może parę razy przez kilka lat. Oceny stawiała mi chyba z litości, bo kolegowałam się z jej córką, ale te lekcje… Postawiła sobie chyba za cel że nas zdyscyplinuje, ogromną wagę przywiązywała do zdawania raportu, to był jakiś jej fioł:/ Przez mniej więcej połowę liceum też miałam otyłą nauczycielkę, która na początku lekcji mówiła, co mamy robić i chętnie stawiała 6 na koniec:) Natomiast prawdziwą PETARDĘ miałam na studiach (SGGW). Kobieta po pięćdziesiątce prowadziła fitness, my dziewiętnastolatki przy niej wysiadałyśmy, była rewelacyjna, miała energię i uśmiech na twarzy. To był najlepszy wf ever:D

    • Na pewno klasy 1-3 to dobry czas na gry i zabawy integracyjne dla dzieci, bo przede wszystkim chodzi tu nie o rywalizację, ale o budowanie relacji i kwestię bezpieczeństwa. Tego wszystkiego dzieci kiedyś muszą się nauczyć. Dla mnie to też był dobry czas. W starszych klasach to już nie bylo to samo. Co prawda z gimnastyki byłem ze względów zdrowotnych zwolniony, ale to nie zwalniało mnie z uczestnictwa w zajęciach. Koniec był tego taki, że przychodziłem na lekcje i nie wiedziałem oc mam ze sobą zrobić.

      Nie miałem z wf-u samych piątek, bo zdążyłem już stracić motywację do ćwiczeń. Ostatecznie stwierdziłem, że czwórka mi wystarczy. W zasadzie przez 12 lat szkoły, tylko w gimnazjum trafił mi się nauczyciel z prawdziwego zdarzenia 🙂

  • Nie mam pojęcia, jak obecnie wyglądają w rzeczywistości lekcje wf w Polsce, natomiast mogę Ci napisać, że we Francji one też na dobrą sprawę nie istnieją. Moja córka ma zajęcia ogólnorozwojowe raz w tygodniu, na które nawet nie ma przynosić stroju na zmianę, do tego godzina lodowiska raz w tygodniu. We Francji prawie wszystkie dzieci chodzą na zajęcia sportowe poza szkołą. Moja córka chodzi na taniec i karate. Na szczęście zajęcia są w przystepnych cenach a biedne rodziny mogą liczyć na ich dofinansowanie. Inaczej po ulicach chodziłyby same „kaleki” :/

    • Chcialam jeszcze dodać, że zajęcia wf w liceum, kiedy do niego chodziłam, były genialne. Nauczyłam się zasad wielu gier, tańczyć, robilismy bardzo dużo fajnych rzeczy, ale i nauczycieli mieliśmy z prawdziwego powołania,..

      • Bardzo dużo zależy od nastawienia nauczyciela, jak dobrze zwróciłaś uwagę. Bardzo bym chciał, żeby dzieci (z pokolenia, które będę wychowywał), kiedy już będę na emeryturze, tak właśnie wspominały lekcje WF-u 🙂

    • Pomijając już fakt, że raz w tygodniu to jest tyle co nic, przeraża mnie jeszcze brak obowiązku noszenia stroju na zmianę. U nas w Polsce plusem jest przynajmniej to, że trzeba się przebrać, więc powiedzmy jakiś tam nadzór nad tym jest. Mimo wszystko wolałby, żeby to był jednak odruch naturalny.

      Z tego co piszesz to we Francji dużo zależy od podejścia rodziców, bo to oni głównie decydują o kwestii finansowej. W Polsce niestety dodatkowe pieniądze wiążą się tylko z 500+. Jest jeszcze socjalne, ale głównie na studiach.

  • W podstawówce byłam nie tak dawno (maturzystka, wcale mi nie miło) i wychowanie fizyczne mieliśmy z innymi nauczycielami. Zawsze. Takimi speszjal, tylko na w-f. Nie wspominam tego wcale, bo nie ma czego. Natomiast gimnazjum i liceum to dramat, kuźwa, dramat. Mam świadomość, że mentalność kloca betonu nie pomaga mi w entuzjastycznym uczestnictwie w parodiowaniu wszelkiego sportu… Tylko że nie pamiętam, by ktokolwiek, kiedykolwiek dokładnie wytłumaczył mi co mam robić i czego używać, aby cokolwiek wychodziło mi lepiej niż idzie samo z siebie. Wyjątek: zajęcia rekreacyjne (teraz) i treningi koszykówki (podstawówka, w gimnazjum już się nas tylko „mieliło”). Trochę bez sensu.

    • Cieszę się, że trafiłem z tematem i jest tu ktoś kto przeżywał to nie tak dawno 🙂 Nie cieszę się z powodu tego nieszczęścia, ale dlatego, że masz te doświadczenia jeszcze na świeżo i tym bardziej warto, żebyś się wypowiedziała.
      Niestety błędne jest założenie, że jak dziecko przychodzi do szkoły to jest już na tyle sprawne, żeby sobie w dzisiejszym świecie bez problemu poradzić, bo to szkoła miedzy innymi, ma je do tego przygotować. Przede wszystkim tłumaczyć, wyjaśniać, po dziesięć razy jeśli trzeba. Tylko potrzebny jest zapał i chęci 🙂

  • Różnie to bywa, nawet w tej samej szkole dwóch nauczycieli potrafi pokazywać odmienne podejście do lekcji wf. Najlepiej by było, aby zaszczepiać podczas nich potrzebę ruchu, a nie sztywno trzymać się wyników i według tabelki oceniać. Jeśli w ciągu powiedźmy trzech lat uda się przekonać jakiegoś ucznia do większej aktywności, systematycznych ćwiczeń, większego zaangażowania, to już ogromny zysk. 🙂

    • To jest kwestia tego typu, że rzadko kiedy dwóch nauczycieli z jednego rocznika trafia do tej samej skzoły i prowadzi na jednych zajęciach wf. Wtedy może to było by jakoś spójne. Potrzebę ruchu starają się wszczepiać nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej, ale cały problem polega na tym, że rzadko kiedy informacja o tym co dziecko potrafi, idzie dalej. Musimy mieć nadzieję, że te trzy pierwsze lata po prostu nie pójdą na marne 🙂

  • Najgłupsze od zawsze wydawało mi się ocenianie. Już sam fakt tego, skazuje dziecięce mózgi na bunt. Tak sobie snuję utopijne refleksje i chyba pałałabym większą chęcią do Wfu, ale i do religii, gdyby były prowadzone po lekcjach, dobrowolnie, bez upychania chęci w skalę.

    • Ja bym ta innowację ze szkoły podstawowej na pewno wyrzucił. Nie ma najmniejszego sensu robić czegoś tylko dla oceny, skoro chodzi tu o nasze pasje i o nasz rozwój. Ale skoro nie tylko ja mam takie utopijne wizje, to znaczy, że może jeszcze będą ze mnie ludzie 😉

  • Jestem już dorosła, ale do dnia dzisiejszego NIENAWIDZĘ siatkówki przez Panią Wuefistkę. To była wieczna rywalizacja i wieczny wstyd, że coś nie wychodzi, że serwy nie przechodzą przez siatkę… Na każdym wfie dwie najlepsze dziewczyny wybierały sobie drużyny i te najsłabsze (jak ja) zawsze były wybierane na końcu (i jeszcze było ogólne niezadowolenie, że musimy w ogóle być w drużynie). Nie pamiętam, żeby w podstawówce na lekcjach wfu było coś innego niż ta siatkówka… Mam bardzo złe wspomnienia. Warto podkreślić, że ćwiczyłam na każdych zajęciach i zawsze miałam strój, nigdy nie leserowałam i zawsze starałam się dać z siebie wszystko, ale akurat to nie wychodziło… Myślałam, że to się zmienia, ale skoro do tej pory zmiany nie ma, to straciłam wiarę w „nowe szkoły”…

    • No trzeba przyznać, że ślady z dzieciństwa odciskają potem piętno na całe nasze życie. Tym bardziej, że jako dzieci łatwiej wszystko bierzemy do siebie. Głupotą też jest to, że tworząc drużyny zawsze wybierają osoby najlepsze a ten najgorsze, najmniej poradne, bierze się po prostu z litości…

      Ja też wf-u nie opuszczałem, bo zależało mi na tym, żeby się trochę poruszać. No, ale jak mnie nie chcieli, to czasami kończyłem przebrany na ławce..

  • Nie wspominam dobrze moich lekcji WFu. Małe sale, duże grupy i wiecznie siatka (do zrzygania). Przecież wielka drużyna siatkarska musiała trenować, a reszta musiała się dostosować (jak zwykle)…

    • Z tego co tutaj widzę to mało kto te lekcje dobrze wspomina. Mimo tego, że mamy niż demograficzny, to sale gimnastyczne są nadal przepełnione. W sumie nie wiem, czy to jest kwestia braku nauczycieli, czy złej organizacji szkoły. Trudno się potem dziwić, że wszyscy mają robić to samo…

  • U mnie było tak, że mimo iż bardzo chciałam ćwiczyć, bo moja szkoła była sportowa (piłka ręczna) to po roku treningów lekarz zabronił mi ćwiczyć. Podobno miałam wadę serca! Piszę podobno, bo po kilkunastu latach kiedy zaszłam w ciążę i miałam wykonywane wszystkie badania (w tym echo serca) lekarz nie zauważył żadnych niepojacych zmian. No cóz…zwolnienie z w-fu miałam przez wszystkie lata kiedy chodziłam do szkoły.

    • Ja natomiast ćwiczyć cały czas mogłem, ale nie mogłem wykonywać ćwiczeń gimnastycznych z przewrotami i tego typu podobnych.Dla mnie osobiście zdrowie jest ponad wszystko i można ćwiczyć, ale w granicach zdrowego rozsądku. Niestety nauczyciele (przynajmniej niektórzy) nie potrafią tego zrozumieć. Smutne jest to, że to zwolnienie czasami musi ratować naszą sytuację.

  • Nienawidziłam wf. Nienawidziłam rywalizacji, gier zespołowych, oceniania tego, że nie umiem, niezadowolonych spojrzeń kolegów z „drużyny”. Najszczęśliwsza byłam, jak pozwolono mi się wyrwać na siłownię. Nie potrafię zrozumieć wf-u na studiach. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, jak ktoś ma ochotę ćwiczyć, to robi to w domu. Wf jest dla mnie tak samo absurdalny jak religia. Nie można oceniać poglądów, nie można oceniać predyspozycji do sportu. Każdy ma swój rozum i swoje ciało. Można zachęcać, ale nie zmuszać.

    • Ja z tego samego powodu nigdy nie grałem w piłkę nożną na wf-ie, bo nie byłem ten super. A jak zdażyło mi się strzelić kilka bramek to był głęboki szok. No, ale w końcu z profesjonalistami się nie gra 🙂
      W ogólniaku to byłem szczęśliwy jak mogłem grać w ping-ponga. A na temat religii w szkole to musiałbym książkę napisać (i tak jestem wierzący). Z musu to nigdy nic dobrego jeszcze nie przyszło.

  • Ja osobiście w szkole podstawowej WF uwielbiałam, miałam świetną nauczycielkę i nie jestem pewna, czy nie od pierwszej klasy. Bardzo dużo zależy od nauczyciela. Najpierw obowiązki, a potem dawała zawsze luz, na zasadzie- „W co chcecie pograć?”. I tak zaliczaliśmy skok przez kozła i inne śmieszne rzeczy, a potem przez 25 minut kopałyśmy w piłkę. Nie oceniała nas surowo, za to dobrze dopingowała z tego co pamiętam. W podstawówce na wfie robiliśmy więcej niż wielu moich znajomych przez wszystkie lata kształcenia. To był dobry początek, takie wprowadzenie do aktywności fizycznej. W gimnazjum 3/4 klasy miało zwolnienia, a nauczycielka swoją sukowatą postawą nie zachęcała do ćwiczeń. Znienawidziłam ten przedmiot, chociaż po godzinach pływałam, jeździłam rowerem i trenowałam na siłce. W liceum przeżyłam szok jak trafiłam na kobietę od wf, która nie znosiła sprzeciwu. Pierwsze zajęcia i 4 km do przebiegnięcia tempem około 12 km/h było ponad moje siły, a jednak dałam radę. Początkowo na samą myśl o wfie robiło mi się słabo, ale po 3-4 miesiącach biegałam po 10 km, robiłam pompki, pompki francuskie, ogarnęłam podstawy gimnastyki na poręczach, pływałam codziennie o 6 rano i trenowałam sztuki walki. Uważam, że poddawanie się i w ogóle nie ocenianie też nie jest dobre. Tamta kobieta dała mi niezły wycisk, ale tylko dzięki temu osiągnęłam taką sprawność fizyczną. Teraz brakuje mi takiego kata nad głową, bo nie jestem nawet w 1/10 tak sprawna jak wtedy.
    Uważam, że to co się dzieje na szkolnym wfie nie idzie w dobrym kierunku, a rodzice przyzwalający na niećwiczenie, bo się dziecko spoci, bo będzie głowa bolała, itp. robią swoim dzieciom krzywdę.