Dlaczego nie nauczyłem się angielskiego

Pewnie teraz otwieracie oczy ze zdziwienia, no bo jak to? Ja przyszły antypedagog, który ma zamiar w przyszłości udowodnić ludziom, że zawód nauczyciela, to najważniejszy zawód nie świecie nie nauczyłem się angielskiego? Co więcej, szkołę skończyłem prawie 4 lata temu i od tego czasu nie raczyłem zrobić nic, żeby może jednak ten język trochę podszkolić? No, czyli wychodzi na to, że jestem po prostu zwykłym leniem? Jeśli takie wytłumaczenie Wam wystarczy, to dziękuję za uwagę. Miło było, ale co z tego. Głos rozsądku, albo po prostu męska logika podpowiada mi jednak, że część z Was, mimo tego, że miała angielski w szkole, nie wyniosła ze szkoły nic. Tak właśnie miałem ja i to głównie dlatego nie nauczyłem się angielskiego-mimo, że chciałem. 

Mój błąd polegał na tym, że dopóki jeszcze chciałem, nie zrobiłem z tym nic. Nic ponad zajęcia w szkole i swego czasu dodatkowe, godzinne korepetycje. Oczywiście poliglotom żadne korepetycje nie były potrzebne, ale niestety ja do nich nie należę i nigdy nie należałem. Nie nauczyłem się angielskiego w podstawówce i to był mój błąd. Twój też?

Nie nauczyłem się a teraz jest już za późno

Dzieci (zwłaszcza te najmłodsze) są geniuszami właśnie dlatego, że mają plastyczny mózg. Ich zwoje jeszcze się rozwijają i właśnie dlatego chłoną wiedzę jak gąbką. Gąbka, która jest jeszcze nowa, świeża i niewykręcona po raz któryś tam. Nic tylko korzystać. 
Mija rok, dwa, pięć i w szkole zaczyna się prawdziwa nauka-patrz. kłopoty. Kłopot polega na tym, że dochodzą różne przedmioty związane z naszym szeroko pojętym rozwojem. I cały problem to kwestia wyboru, bo wybieramy to, co wydaje nam się ważne i oczywiście ważniejsze. W gruncie rzeczy okazuje się, że ważne jest wszystko. No i się zaczyna…zadanie z polskiego, z matematyki, z historii, a z angielskiego to zrobię na przerwie. No bo w końcu w życiu nie można mieć wszystkiego i coś trzeba wybrać.

Jeśli więc macie w domu genialne dziecko, które gra w gry komputerowe po angielsku, to gratuluję, bo sukces ma zagwarantowany. Są jednak pewnie i tacy, którzy ni prośbą, ni groźbą nie potrafią się przemóc do nauki języka w domu, fiszki gubią w całym pokoju a książki odkurzają tylko na półce. Dla tych właśnie osób przeznaczone są gry komputerowe i internet. Wszystko to oczywiście po angielsku. Teraz, nie potem, bo będzie za późno i nie tylko w szkole, ale poza nią, bo szkoła to głównie teoria, która jak się potem okazuje, kończy się na Yyyy…. Czyli, że w szkole…

Angielskiego nie było zbyt wiele

flaga

No chyba że na papierku, na sprawdzianach i kartkówkach, w słowniku, czyli wszędzie tam, gdzie nie ma to przełożenia na praktykę. Powiedzcie mi, proszę, czy u kogoś z was w szkole języka angielskiego uczył rodowity, z krwi i kości anglik. A może uczyła Was pani, która przez kilka ostatnich lat tam mieszkała? Domyślam się, że tak samo w moim, jak i wielu innych przypadkach odpowiedź brzmi; NIE! (jeśli się mylę, to mnie poprawcie). Po raz kolejny piszę o tym, że nic praktycznego nie wynosimy dzisiaj ze szkoły. Ja już nie mówię, że każdy musi być mistrzem matematyki, bo to królowa nauk. Nie każdy musi czytać od deski do deski Horacego, choć warto by było, ale każdy, jeśli chce się liczyć w biegu o stanowisko pracy, powinien dziś umieć w środku nocy przedstawić się po angielsku i powiedzieć o sobie trzy zdania sensownie to argumentując. I wtedy nauka języka obcego w kraju ma sens.

Pytanie, czy znajomość języka angielskiego w Polsce nam się do czegoś przyda?

Moja odpowiedź brzmi: NIE! Nie w takim stopniu jakbyśmy tego chcieli, ale oczywiście można to łatwo zakwestionować, na przykład, kiedy do Twojego korpo przyjmują specjalistę ds. marketingu z Chin, bo jakoś dogadać się z nim trzeba. No przyznacie sami, że takie sytuacje  nie są dziś już tylko jednostkowe i nierzadko dotyczą również nas, szarych ludzi. Dużo bardziej sensownym argumentem jest wyjazd z rodziną/ chłopakiem/dziewczyną/ kumplami na wakacje do Lloret de Mar. Choćby przy kupowaniu głupich pamiątek nie objedzie się bez języka angielskiego. Oczywiście zawsze można jeszcze używać angielskiego z elementami łamanej polszczyzny, ale przyznacie sami, że ani to nie brzmi, ani nie wygląda. A już na pewno nie w oczach tego sprzedawcy, który już na starcie orientuje się: „…Aaaa Polako?!” Chociaż podobno grunt, to umieć sobie w trudnej sytuacji poradzić. 

Na wakacjach jest to sytuacja o tyle prostsza, że jedziesz na tydzień, ewentualnie dwa, a potem wracasz do kraju i znowu słyszysz jako język obcy tylko łacinę podwórkową. Sprawa wygląda/ wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybyś to teraz Ty musiał być przez najbliższy tydzień przewodnikiem dla kogoś, kto przyjechał do Polski na wakacje i akurat mieszka u Ciebie w domu. Jeśli potraficie czytać między wierszami, to wiecie, że nawiązuję tu trochę do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Te kilka dni uświadomiło mi, jak wiele straciłem, nie ucząc się angielskiego w praktyce i jak wielu z nas nie podjęłoby się mówić w obcym języku do zagranicznej grupy. Dlaczego? Bo nie mając na co dzień Anglika, Chińczyka, czy Brazylijczyka obok siebie w domu, w pracy, jako sąsiada po prostu tego języka nie używam. A umiejętność niećwiczona zanika…

Świat bez angielskiego dziś nie istnieje

I człowiek też nie zaistnieje. Jeśli więc ten post, Światowe Dni Młodzieży, albo wakacje nad morzem w Hiszpanii dały Ci do myślenia, że Twój angielski jest: „Kali jeść, Kali spać”, a masz choć jednego znajomego za granicą… Nie wahaj się i napisz do niego. Teraz!