Dlaczego nie nauczyłem się angielskiego

Pewnie teraz otwieracie oczy ze zdziwienia, no bo jak to? Ja przyszły antypedagog, który ma zamiar w przyszłości udowodnić ludziom, że zawód nauczyciela, to najważniejszy zawód nie świecie nie nauczyłem się angielskiego? Co więcej, szkołę skończyłem prawie 4 lata temu i od tego czasu nie raczyłem zrobić nic, żeby może jednak ten język trochę podszkolić? No, czyli wychodzi na to, że jestem po prostu zwykłym leniem? Jeśli takie wytłumaczenie Wam wystarczy, to dziękuję za uwagę. Miło było, ale co z tego. Głos rozsądku, albo po prostu męska logika podpowiada mi jednak, że część z Was, mimo tego, że miała angielski w szkole, nie wyniosła ze szkoły nic. Tak właśnie miałem ja i to głównie dlatego nie nauczyłem się angielskiego-mimo, że chciałem. 

Mój błąd polegał na tym, że dopóki jeszcze chciałem, nie zrobiłem z tym nic. Nic ponad zajęcia w szkole i swego czasu dodatkowe, godzinne korepetycje. Oczywiście poliglotom żadne korepetycje nie były potrzebne, ale niestety ja do nich nie należę i nigdy nie należałem. Nie nauczyłem się angielskiego w podstawówce i to był mój błąd. Twój też?

Nie nauczyłem się a teraz jest już za późno

Dzieci (zwłaszcza te najmłodsze) są geniuszami właśnie dlatego, że mają plastyczny mózg. Ich zwoje jeszcze się rozwijają i właśnie dlatego chłoną wiedzę jak gąbką. Gąbka, która jest jeszcze nowa, świeża i niewykręcona po raz któryś tam. Nic tylko korzystać. 
Mija rok, dwa, pięć i w szkole zaczyna się prawdziwa nauka-patrz. kłopoty. Kłopot polega na tym, że dochodzą różne przedmioty związane z naszym szeroko pojętym rozwojem. I cały problem to kwestia wyboru, bo wybieramy to, co wydaje nam się ważne i oczywiście ważniejsze. W gruncie rzeczy okazuje się, że ważne jest wszystko. No i się zaczyna…zadanie z polskiego, z matematyki, z historii, a z angielskiego to zrobię na przerwie. No bo w końcu w życiu nie można mieć wszystkiego i coś trzeba wybrać.

Jeśli więc macie w domu genialne dziecko, które gra w gry komputerowe po angielsku, to gratuluję, bo sukces ma zagwarantowany. Są jednak pewnie i tacy, którzy ni prośbą, ni groźbą nie potrafią się przemóc do nauki języka w domu, fiszki gubią w całym pokoju a książki odkurzają tylko na półce. Dla tych właśnie osób przeznaczone są gry komputerowe i internet. Wszystko to oczywiście po angielsku. Teraz, nie potem, bo będzie za późno i nie tylko w szkole, ale poza nią, bo szkoła to głównie teoria, która jak się potem okazuje, kończy się na Yyyy…. Czyli, że w szkole…

Angielskiego nie było zbyt wiele

flaga

No chyba że na papierku, na sprawdzianach i kartkówkach, w słowniku, czyli wszędzie tam, gdzie nie ma to przełożenia na praktykę. Powiedzcie mi, proszę, czy u kogoś z was w szkole języka angielskiego uczył rodowity, z krwi i kości anglik. A może uczyła Was pani, która przez kilka ostatnich lat tam mieszkała? Domyślam się, że tak samo w moim, jak i wielu innych przypadkach odpowiedź brzmi; NIE! (jeśli się mylę, to mnie poprawcie). Po raz kolejny piszę o tym, że nic praktycznego nie wynosimy dzisiaj ze szkoły. Ja już nie mówię, że każdy musi być mistrzem matematyki, bo to królowa nauk. Nie każdy musi czytać od deski do deski Horacego, choć warto by było, ale każdy, jeśli chce się liczyć w biegu o stanowisko pracy, powinien dziś umieć w środku nocy przedstawić się po angielsku i powiedzieć o sobie trzy zdania sensownie to argumentując. I wtedy nauka języka obcego w kraju ma sens.

Pytanie, czy znajomość języka angielskiego w Polsce nam się do czegoś przyda?

Moja odpowiedź brzmi: NIE! Nie w takim stopniu jakbyśmy tego chcieli, ale oczywiście można to łatwo zakwestionować, na przykład, kiedy do Twojego korpo przyjmują specjalistę ds. marketingu z Chin, bo jakoś dogadać się z nim trzeba. No przyznacie sami, że takie sytuacje  nie są dziś już tylko jednostkowe i nierzadko dotyczą również nas, szarych ludzi. Dużo bardziej sensownym argumentem jest wyjazd z rodziną/ chłopakiem/dziewczyną/ kumplami na wakacje do Lloret de Mar. Choćby przy kupowaniu głupich pamiątek nie objedzie się bez języka angielskiego. Oczywiście zawsze można jeszcze używać angielskiego z elementami łamanej polszczyzny, ale przyznacie sami, że ani to nie brzmi, ani nie wygląda. A już na pewno nie w oczach tego sprzedawcy, który już na starcie orientuje się: „…Aaaa Polako?!” Chociaż podobno grunt, to umieć sobie w trudnej sytuacji poradzić. 

Na wakacjach jest to sytuacja o tyle prostsza, że jedziesz na tydzień, ewentualnie dwa, a potem wracasz do kraju i znowu słyszysz jako język obcy tylko łacinę podwórkową. Sprawa wygląda/ wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybyś to teraz Ty musiał być przez najbliższy tydzień przewodnikiem dla kogoś, kto przyjechał do Polski na wakacje i akurat mieszka u Ciebie w domu. Jeśli potraficie czytać między wierszami, to wiecie, że nawiązuję tu trochę do Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Te kilka dni uświadomiło mi, jak wiele straciłem, nie ucząc się angielskiego w praktyce i jak wielu z nas nie podjęłoby się mówić w obcym języku do zagranicznej grupy. Dlaczego? Bo nie mając na co dzień Anglika, Chińczyka, czy Brazylijczyka obok siebie w domu, w pracy, jako sąsiada po prostu tego języka nie używam. A umiejętność niećwiczona zanika…

Świat bez angielskiego dziś nie istnieje

I człowiek też nie zaistnieje. Jeśli więc ten post, Światowe Dni Młodzieży, albo wakacje nad morzem w Hiszpanii dały Ci do myślenia, że Twój angielski jest: „Kali jeść, Kali spać”, a masz choć jednego znajomego za granicą… Nie wahaj się i napisz do niego. Teraz!

  • Na naukę języków nigdy nie jest za późno. Jednak o wiele lepsze efekty daje nauka ze świadomością, że ta umiejętność przyda nam się w najbliższej przyszłości.

    • No właśnie, bo najtrudniej jest zacząć, ale jeśli wiemy, że to nam będzie w życiu na pewno przydatne, to nawet chęci szybciej się znajdą.

  • Myślę, że tak naprawdę większość naszych znajomych może powiedzieć, że nie nauczyło się angielskiego. Polski system edukacji jest pod tym względem ułomny – na studiach, w liceum i w gimnazjum przerabia się dokładnie ten sam materiał, co w przedszkolu i podstawówce. Najważniejsze jest zakuwanie słówek i reguł gramatycznych, a praktyki w tym wszystkim zero. Uczę się we własnym zakresie od wielu lat, ale ani w czasach szkolnych, ani dziś nie miałam okazji jeszcze nigdy rozmawiać z kimś po angielsku. Zapytana o drogę wpadłam w lekką panikę i coś wydukałam, ale trudno nazwać to używaniem języka. Przymierzam się do konwersacji przez Internet, ale czasu wiecznie za mało. W każdym razie cieszę się, że po studiach sama z siebie zaczęłam poświęcać czas nauce języków, bo daje mi to dużo radochy, a przy okazji dobrze wpływa na szare komórki 🙂

    • Ja Ci powiem, że miałem z tym niemały problem w ogólniaku. Mieliśmy taką nauczycielkę, która co tydzień robiła nam sprawdzian z danego działu i na każdym sprawdzianie były minimum trzy czasy. Pomijając fakt, że nawet w Anglii nie używa się na co dzień 15 czasów, to wykucie tego na pamięć przypominało totalną katastrofę.

      Komunikacją nazwać tego raczej nie można, no ale czego oczekiwać po takiej dawce angielskiego szkoły. Jedynie czego tak naprawdę szkoda to tego, że na co dzień mimo UE nie mamy z kim pogadać w obcym języku. Zostaje internet i nadzieja, że w tym dziwnie zapętlonym świecie znajdziemy czas, żeby do kogoś po angielsku napisać 🙂

  • Nauka w szkole, a praktyczne używanie języka to są dwie totalnie różne rzeczy. Nic nie da tyle w kwestii nauki i rozwoju naszych umiejętności językowych, co rozmowa z drugim człowiekiem.

    • Ja po 12 latach nauki języka w szkole dopiero niedawno przy ŚDM’ach przekonałem się jak niewiele mi to dało.

  • Ja w szkole uczyłam się rosyjskiego i to jest dopiero dramat 🙂

    • Jak chcesz sobie przypomnieć i potrenować to zapraszam do mnie na studia, bo tu co chwilę jacyś ze Wschodu przyjeżdżają 😀

      • Tia, oni lepiej po angielsku mówią niz w swoim języku 🙂

        • Ale powiem Ci, że ostatnio coraz częściej krąży mi po głowie nauka cyrylicy 😀

    • Dlaczego dramat? Jestem z pokolenia, które podlegało obowiązkowej rusyfikacji i bardzo sprawnie prawie wszystko zapomniało 🙂

  • Uczyłam się angielskiego w podstawówce, gimnazjum i szkole średniej. A gdy poszłam na studia na filologię angielską okazało się, że zwykła, swobodna rozmowa na wykładach z innymi studentami i profesorami mnie przerasta 😀 Dlatego pierwszy rok to była dla mnie ostra jazda bez trzymanki, ciągłe kucie i trenowanie. Ale bez angielskiego byłoby mi ciężko obecnie. Wszelkie szkolenia i kursy jakie zdobywam, są prowadzone po angielsku. Nie każda książka, którą chcę przeczytać jest przetłumaczona. A teraz prowadzę korepetycje i uczę dzieci osobno pod szkołę i sprawdziany, a osobno pod codzienne używanie języka, jakim jest rozmowa 🙂

    • Filologia to podobno dopiero jest hardcore. Tak samo mówią studenci politechniki, kiedy kończąc profile matematyczne idą na studia. Generalnie rzecz biorąc to już jest zupełnie inny poziom i inny świat. Na szczęście tak zazwyczaj wyglądają początki – totalny chaos a potem nawet jeśli nic się nie zmienia, to człowiek się do tego chaosu przyzwyczaja, zaczyna się uczyć jak przeżyć na tych studiach i jakoś leci do przodu.

      Ważne jest to, że masz ten aspekt praktyczny poza studiami, bo to przydaje się często dużo bardziej 🙂

  • Da się żyć bez angielskiego??? :O

    • Dziś już na pewno nie 🙂

  • Uczyłam się (a przynajmniej próbowałam) języka angielskiego od 7 roku życia i szczerze mówiąc, nadal mam z nim ogromny problem. Niby według wszelkich testów i egzaminów jestem na poziomie B2. Niby potrafię się dogadać w prostych rozmowach (np. gdy turysta zapyta o drogę do jakiegoś miejsca), ale czuję i wiem, że słabiutko u mnie z tym językiem. Filmu po angielsku nie obejrzę, książki nie przeczytam – bo wielu kwestii po prostu bym nie zrozumiała. Albo mówią dla mnie za szybko, albo z dziwnym akcentem 🙂 Powiedzieć powiem kilka zdań, ale to wszystko. Niedługo trzydziestka na karku, a ja czuję, że moje dotychczasowe umiejętności też zanikają, bo nie rozmawiam po angielsku na co dzień. A umysł już nie jest tak chłonny jak dawniej. Mam zamiar codziennie ćwiczyć słówka i podstawy gramatyki, ale tak naprawdę to musiałabym chyba znaleźć kogoś do rozmowy. Może kogoś z Wielkiej Brytanii, kto popisałby ze mną listy/e-maile i co jakiś czas porozmawiał na Skype. Nie wiem jednak, czy znalazłabym w sobie tyle odwagi, by coś takiego zrobić 😀

    • To jest moje zdanie z czasów gimnazjum: „Się uczyłem, ale się nie nauczyłem”. I dopiero teraz zauważam jak bardzo było prawdziwe, jeśli chodzi o Angielski 🙂 Maturę zdałem i to nie tylko tak, żeby przejść, ale co mi z tego skoro nie wykorzystam w zyciu tych umiejętności, czy raczej wykutej wiedzy? Oglądam czasami filmy po angielsku, nawet bardzo często słucham angielskich piosenek i mimo , że rozumiem słownictwo, to jednak jakbym miał się wygadać to raczej byłby jęk.

      Masz rację, że chyba musimy się zdobyć na odwagę, żeby z kimś pisać, albo nawet rozmawiać na skype 🙂

      • Z maturą miałam podobnie. 76% ale to wszystko teoria i wykute na blachę regułki. W praktyce gorzej. No cóż, nie można się poddawać – jeśli znajdę magiczny sposób, albo portal do szukania osób na Skype, na pewno się nim podzielę 🙂

        • Pamiętam jeszcze do dziś moje przygotowania do matury, jednak z samej matury nie pamiętam nic. Zostały mi tylko dwa lata studiów, żeby to nadrobić i znaleźć czas. Mam nadzieję, że mi się uda i Tobie również życzę powodzenia 🙂

  • Ja uczę się od kilkunastu lat angielskiego i co jakiś czas przerabiam kolejne kursy. Przydaje mi się w pracy i mam zamiar za pewien czas opanować go w stopniu zaawansowanym 🙂

    • To o czym piszesz też jest ciekawym pomysłem, zwłaszcza jeśli chodzi o język specjalistyczny pod kątem zawodu. Na studiach jednak go nadal nie ma, albo jest bardzo rzadko.

  • Nie zgodzę się z tym, że angielski to w pracy sprawa jednostkowa. Jest wiele dużych firm, w których mówi się po angielsku na co dzień, bo są pracownicy zagraniczni i taki jest wymóg. Wielu ludzi pracuje też na zlecenie obcych firm (a Polska staje się wręcz głównym, europejskim centrum outsourcingu BPO i IT), więc każdego dnia pracują TYLKO z ludźmi mówiącymi po angielsku. Nie zgodzę się też z tym, że może być za późno – ja nigdy nie miałam angielskiego w szkole ani się go nie uczyłam, a jednak mieszkam tu i mówię – bo internet, gry, filmy. Tylko trzeba się przełamać.

    A że nauka języka w szkole to bzdet… To smutna prawda. Tylko że jednak w porównaniu z innymi narodowościami (patrz Włosi, Francuzi) – Polacy bardzo dobrze mówią po angielsku i w zasadzie nie ma człowieka, który nie dogadałby się choćby półmigowo, podczas gdy np. Włosi często nie potrafią sklecić zdania.

    • W wielkich korporacjach takich jak IBM to rzeczywiście jest wymóg. Wiem, bo mój kuzyn przez jakiś czas tam pracował i rzeczywiście posługiwał się angielskim na co dzień. Ale tak jak piszesz to jest kwestia najważniejsza w sektorze IT i większych przedsiębiorstw a jeśli chodzi o codzienne życie to niestety nie jest już tak pięknie. Najtrudniej jak wszędzie, jest się przełamać, zrobić pierwszy krok a potem już jest lżej 🙂

      A Włosi to mają totalnie inną kulturę od naszej, nastawioną na brak stresu 🙂 Bo najważniejsza jest siesta 😀

  • Ja angielskiego uczyłam się wiele lat – liceum, prywatne kursy, studia i … nie używam go od dziesiątek tak. A wyjazd na wakacje to sporo za mało. Żal mi czasu poświęconego na naukę, ale i żal że nigdy wiedzy nie mogłam wykorzystać w pracy. Wtedy pewno losy „mojego” języka potoczyły by się inaczej… Gdyby ktoś mnie zapytał na jakim poziomie jest mój angielski, nie potrafiłabym odpowiedzieć….

    • No właśnie problem polega na tym, że na wakacjach to staramy się unikać sytuacji gdzie trzeba używać angielskiego, a w pracy? Nie jest tak, że zawsze mamy okazję do tego, żeby się wypowiadać po angielsku.

      Mam wrażenie, że wciąż mamy za mało takich sytuacji w których moglibyśmy z niego skorzystać i tych które moglibyśmy stworzyć 🙂

  • Dee

    Angielski to jedna z ostatnich rzeczy, za które się jeszcze nie zabrałam. Pod koniec roku czeka mnie niezła przeprawa i właśnie angielski będzie moim jedynym sposobem na skomunikowanie się z kimkolwiek, więc czas ruszyć dupę w tej kwestii 😀

    • Czasami chyba już po prostu tak jest, że musi nas coś przycisnąć do muru, żebyśmy wzięli się za siebie i za nasz angielski. Inaczej po prostu się nie chce 😛

      • Dee

        Wiesz mi się chce, ale chce mi się też miliona innych rzeczy i ten angielski tak odsuwam i odsuwam…;) ale teraz właśnie mnie przycisnęło do muru i nie ma zmiłuj 😀

        • Podobno jak nie masz czasu i na raz dokładają Ci obowiązków, to właśnie ten czas zawsze jakimś cudem się znajduje 😀

          • Dee

            Właśnie o takie cuda mi teraz chodzi! 😀

          • Powodzenia. Wierze, że Ci się uda 🙂

  • Ja ze szkoły nie wyniosłam nic oprócz”kali jeść, kali być” . Dopiero roczna emigracja w irlandii nauczyła mnie angielskiego.
    Ale z tym się nie zgadzam : „Pytanie, czy znajomość języka angielskiego w Polsce nam się do czegoś przyda?
    Moja odpowiedź brzmi: NIE!”
    Obecnie pracuje w osiedlowym spożywczaku i czasem jest tak, że chociaż raz dziennie używam angielskiego, sporadycznie nawet rosyjskiego. Więc uwierz mi ale błędem jest twierdzić, że w Polsce język angielski Ci się nie przyda.

    • Moje przeświadczenie wynika stąd, że mieszkam na Górnym Śląsku. Mam wrażenie, że gdybym mieszkał gdzieś w okolicach granicy z Niemcami, albo na wschodzie Polski to moje myślenie było by inne. U mnie w osiedlowym spożywczaku najczęściej słychać Śląską gwarę. Gdyby jednak trzeba było chociaż raz dziennie w Biedronce rozmawiać z jakimś obcokrajowcem, to wcale bym się nie obraził 🙂

  • Czy należy uczyć się języka? To zależy od sytuacji. Mieszkając w mniejszym mieście olałam naukę języka, jednak przeniosłam się do większego miasta i język jest już wymagany na rozmowie o pracę. Czy żałuję? Oczywiście! Teraz ciężko to nadrobić – dom, rodzina i człowiek czasu nie ma. Ale może znajdę tą chwilę na jakiś kursik 🙂

    • Ja trochę żałuję, że nie zabrałem się za naukę języka wcześniej. Uświadomiły mi to dopiero Światowe Dni Młodzieży, ale wtedy było za późno. Próbowałem też swoich sił w rekrutacji na Erasmusa i wyszły z tego nici. Swoją drogą to dobrze, bo jeszcze bym na magisterkę wtedy pewnie nie poszedł. Niemniej jednak to były te momenty w moim życiu kiedy tego angielskiego brakowało. Na szczęście mam jeszcze trochę czasu zanim pójdę na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną w sprawie pracy 🙂

  • Gosia

    Nauczanie w szkole za moich czasów to była jakaś fikcja, i bardzo żałuję, że nie stać mnie było an prywatne lekcje. Teraz czasem mam dyskomfort jak nie wiem jak mam się odezwać w tym języku.

    • Moje czasy nie tak dawno minęły, a w zasadzie to jeszcze nadal trwają i powiem Ci, że niewiele jest takich nauczycieli z pasję, kiedy z lekcji się rzeczywiście coś wynosi. Może moim rocznikowym kolegom i koleżankom ze studiów uda się to zmienić 🙂

  • Nie miałam w szkole angielskiego – tylko rosyjski i niemiecki, ale do szkoły chodziłam dawno temu;) Angielski w stopniu komunikatywnym opanowałam sama i to się przydaje podczas róznych wyjazdów.

    • Pokolenie moich rodziców też uczyło się w szkole rosyjskiego. Może gdyby choć część tego nauczania wyglądała podobnie dziś to z angielskiego wiedzielibyśmy więcej 🙂

  • W blągowaniu bez lengłidża nie powalczysz, bo mnóstwo wartościowych artykułów czy tutoriali jest właśnie w mowie Szekspira. Fakt jest faktem, że za młodu lepiej się brać – moi rodzice w czasach szalejącego PRL’u zapisali mnie prywatnie i teraz zdecydowanie łatwiej mi się pewne rzeczy przypomina. Ale z drugiej strony tak samo łatwo mi się przypomina rosyjski, którego uczyli mnie w podstawówce i liceum (gimnazja to jakiś nowomodny wynalazek, ja nie doświadczyłem). Zresztą ja wychodzę z założenia, że lepiej mieć i nie potrzebować, niż potrzebować, a nie mieć 🙂

    • Sam Szekspir z resztą w oryginale podobno nabiera zupełnie innego znaczenia. Myślę, że gdybym czytał więcej angielskich artykułów, to mój blog też wyglądałby trochę inaczej. Ale jak już wspomniałeś o gimnazjum to ja właśnie na tym etapie osłabłem jakoś ze znajomością języka, także wynalazek raczej się nie sprawdził w tym wypadku.

  • Zgadzam się i nie zgadzam z Twoim wpisem. Moja edukacja językowa w szkole przebiegała bardzo różnie: od nauczycieli beznadziejnych do tych, którzy sprawiali cuda. Najwięcej skutku odniosła jednak moja indywidualna praca, którą włożyłam w to, żeby angielski znać. I teraz praktykuję, choć nie mam wkoło siebie zagranicznych grup i nie wyjeżdżam raz za razem za granicę. Żyjemy w XXI wieku, mamy setki narzędzi do tego, aby język obcy wykorzystywać, więc to tylko lenistwo/głupota/niechęć/brak motywacji sprawia, że z tego nie korzystamy. Ja wykorzystuję i nie narzekam. Z dnia na dzień coraz lepiej idzie mi też z hiszpańskim a planuję podjąć naukę także kolejnych języków – i wcale nie muszę wyjeżdżać, by to zrobić i praktykować – choć tego typu praktyka jest najciekawsza i najbardziej efektywna. Chcieć to móc. Nawet w tym zakresie, przy tak wielu dostępnych możliwościach nauki.

    • Sam chyba się z nim zgadzam tylko w pewnej części. Wszystko zależy od sytuacji, a moja świetna nie była i nadal nie jest jeśli chodzi o angielski. Z resztą ja też czasy szkoły podstawowej pod kątem języka angielskiego wspominam wspaniale. A potem przyszło gimnazjum gdzie zaczęło się kombinowanie: „Co zrobić, żeby się nie narobić”.

      Mówi się, że jak nie mamy warunków do rozwoju to trzeba umieć je sobie stworzyć i to jest prawda. Powiem Ci szczerze, że mnie ten wpis też kilka istotnych rzeczy uświadomił, także moich błędów. Chcieć to móc i tego się trzymajmy 🙂

  • To prawda, że dzieci chłoną jak gąbka:) mój syn chodził do żlobka z native speakerami i w wieku 2 lat już dużo kumał. Im wcześniej tym lepiej, im naturalniej tym lepiej:)pozdrawiam

    • Teraz edukacja daje nam tyle możliwości, że jeśli tylko mamy ku temu środki to szkoda ich nie wykorzystać 🙂

  • Nie zgodzę się z tym, że można się nauczyć języka tylko do jakiegoś momentu, a potem już nie. Nie jest to może łatwe i proste – pamięć nie ta i obowiązków więcej – ale chcieć to móc. Komunikatywnie – w przeciągu roku z palcem w nosie.

    W szkole mieliśmy zajęcia zarówno z nauczycielem polskojęzycznym (wykładał gramatykę), jak i konwersacje z nativem.

    Do mnie przemawia metoda „full frame in English” – czyli pełnego zanurzenia w języku: słuchasz, czytasz, piszesz w miarę możliwości – ile się da. Z czasem musi przynieść efekty

    • Justyna F

      To prawda, sama uczyłam angielskiego seniorów i zawsze się czegoś nauczą, mimo iż mają wolniejsze tempo i nieco gorzej im się przyswaja niż młodym ludziom 🙂 polecam Ci oglądać sporo filmów i filmików na yt w j. ang. 🙂 no i jeszcze aplikacja supermemo – u mnie działała, nawet jako anglistka uczyłam się nowych słówek, np. z dziedziny medycyny, prawa etc.

      • Aplikacja ściągnięta. A że dzisiaj wyjście bez telefonu to jak wyjście bez ręki, więc mam nadzieję, że mi pomoże. Dziękuję 🙂

        • Narwany ja niebawem ruszę z blogiem na ten temat tj. z odsieczą 😀 Liczę, ze będziesz częstym gościem 😀

          • narwany

            Też mam taką nadzieję 😀

          • Oczywiście, że będę 😀

    • To już kolejny komentarz osoby, która miała lekcje z nativem. Powoli utwierdzam się w przekonaniu, że ja chyba rzeczywiście to jakiejś szkoły ze średniowiecza chodziłem. I masz rację z tym, że jak już przestaniemy chodzić do szkoły, zaczną się studia, praca, to o wiele trudniej nam się nauczyć tego języka a wszystko to jest winą motywacji.

      Dla mnie osobiście wszystko by było dużo prostsze, gdybym miał codzienny kontakt z osobą anglojęzyczną, atak człowiek po prostu musi się starać trzy razy bardziej 🙂

  • Kocham angielski, uczę angielskiego, pisałam już kilka postów na ten temat, również jak Ty ubolewam nad tyloma wspaniałymi narzędziami, których polscy nauczyciele z wielu względów nie wykorzystują.
    Odpowiadając Ci na ten post mogłabym napisać książkę 😀 …ale rzecz jasna streszczę się 😉

    Tak się składa, że uczę w firmach. I są pewne nieubłagane fakty: znasz angielski- masz lepszą pracę/awansujesz. Nie znasz – sorry Gregory. Dorośli ludzie dziś uczą się angielskiego, bo potrzebują go do awansu w pracy, ale nie tylko; przecież firmy w Polsce w zdecydowanej większości mają kapitał zagraniczny, właścicielami są obcokrajowcy – musisz się z nimi dogadać. Jeśli w dodatku prowadzisz video konferencje, wyjeżdżasz służbowo, zagraniczni goście przyjeżdżają – nie ma zmiłuj.
    Dziś jeszcze o angielskim dyskutujemy – dla mnie to już jest język taki jak polski; po prostu poza dywagowaniem. Rozmawiać mogę o kolejnych językach, których się ludzie uczą . Angielski to powiedzmy jezyk wyjściowy.

    • To w zasadzie jest mój drugi post na temat angielskiego. Pierwszy był nietrafiony, albo trafiony od innej strony niż ubrałbym to teraz 🙂 Na narzędziach – zwłaszcza tych nowoczesnych – do angielskiego się nie znam, bo tak jak mówisz, nie poznałem tego w szkole. Moje postanowienie przed i noworoczne będzie brzmiało: Naucz się angielskiego sam!

      Tym bardziej, że jeszcze jestem na studiach i to jest ostatnio moment, żeby ten czas dobrze wykorzystać 🙂 Do korpo raczej się nie wybieram, co nie znaczy, że znajomość angielskiego nie może mi pomóc. W końcu dziś jest między nami coraz mniej granic, więc jak nie Polska, to kto wie 😀

  • Jeśli o angielski chodzi, to szkoła nie dała mi nic. Mało tego, wręcz zniechęciła. Gdyby nie to, że sama się starałam coś sobie do głowy włożyć, to obecnie byłby dramat. Dogadać się dogadam, ale muszę jeszcze popracować, żeby to wszystko było bardziej płynne. 🙂 No i zdecydowanie wolę pisać, niż gadać. Jak piszę, to nie muszę słuchać moich kwadratowych słów. 😀

    • Ja mam ten w zasadzie ten sam problem. Dogadam się na zasadzie: Kali jeść, Kali spać, ale w oczach obcokrajowca musi to brzmieć jak jakiś niezły kawał 🙂 Chociaż jak były Światowe Dni Młodzieży to pod koniec tygodnia w Diecezji wiedziałem już co chcę powiedzieć i jakich prostych słów mogę w tym celu użyć. Teraz trochę mi tego brakuje 🙂

  • do tej pory języki obce są mi dalekie. Pomimo nauki w szkole gdzieś tam po drodze zabrakło praktyk 🙂

    • Pewnie były by nam bliższe gdyby ich „granica” nie była tak wymowna. A tak, monopol na angielski dopiero się rozwija 🙂

  • eV

    A ja się nie zgodzę!
    Zacznę od swojego przypadku. W szkole miałam angielskiego tyle co nic. Kilka godzin, babka na macierzyńskim, zastępstwa z bibliotekarką, oglądanie filmów. Naukę tego języka rozpoczęłam więc tak naprawdę dopiero w liceum. Teraz przygotowuję się do zdania egzaminu CAE, choć wiem że mam małe szanse. Ale angielski jest po prostu niezbędny, nawet w Polsce! Przykład – podchodzi do Ciebie rodzina turystów i prosi o wskazanie drogi. No miło by było pomóc, co nie? 🙂
    A czy jako dziecko umie się więcej? Nie sądzę. Tabliczki mnożenia w drugiej klasie uczyłam się dwa miesiące. A to przecież tylko parę liczb! Teraz potrafię wchłonąć całe wielkie rozporządzenie ministra, nawet się go jakoś specjalnie nie ucząc, a po prostu sięgając okazjonalnie po potrzebne informacje. Być może łatwiej by było zacząć wcześniej, ale… niekoniecznie. To dobra wymówka, aby nic nie robić. I może to jest najważniejszym powodem, dla którego to dzieci uczą się najszybciej. Bo nie mówią, że już za późno.

    • U mnie turystów nazywa się ludzi z Zagłębią, ale gdyby miało chodzić rzeczywiście o turystów z za granicy to w zasadzie jedynym użytkowym językiem oprócz „migowego” jest angielski. Tu już zależy wszystko od tego jak precyzyjnie chcemy temu komuś tą ważną informację przekazać, bo zasadniczo jednym i drugim sposobem się da.

      Dzieci w tym różnią się od dorosłych, że nawet jeśli nie potrafią perfekcyjnie języka ( choć zazwyczaj w porównaniu do dorosłych idzie im to o wiele lepiej), to nie obawiają się nim posługiwać. Ale masz rację, że dzieciom trudniej jest wmówić, że coś nie ma sensu.

  • „Pytanie, czy znajomość języka angielskiego w Polsce nam się do czegoś przyda? Moja odpowiedź brzmi: NIE!”.
    Obawiam się, że jednak tak. W korpo zwykle oficjalnym językiem komunikacji jest angielski, po angielsku wysyła się maile, pisze procedury i rozmawia. Angielski to lingua franca i w porównaniu z innymi językami obcymi jest stosunkowo prosty.
    Nie uczył mnie Anglik, bo zaczynałam naukę we wczesnych latach 90., gdy w Polsce native speakerów było jak na lekarstwo. Na dobrą sprawę nauczyłam się go sama, czytając, słuchając, oglądając seriale BBC i jeżdżąc do anglojęzycznych krajów. I nadal się uczę. Choć po ponad 20 latach trudno mi nazwać angielski językiem obcym, nadal nim jest i nadal czasami się waham, czy aby użyłam właściwego czasu. Ale kiedyś mój brytolski znajomy powiedział mi, że nigdy nie odważyłby się poprawić kogoś mówiącego kaleczonym angielskim, bo ów ktoś zdobył się na wysiłek, by nauczyć się innego języka, a on – mój brytolski znajomy – mówi tylko w jednym.

    • To jest właśnie ten przeskok myślowy, którego nie potrafię pokonać, bo nie pracuję w korpo i najprawdopodobniej nigdy nie będą, co nie znaczy, że w rozmowie o pracę pytanie o język obcy nie padnie, bo to jest nawet bardziej niż pewne.

      Cały problem polega na tym, żeby umieć sobie stworzyć sytuację w której potrzebny nam będzie angielski; tu i teraz a nie czekać aż się gdzieś wyjedzie a my generalnie jako ludzie lubimy czkać i odwlekać pewne rzeczy. A też ciekawa jest sprawa z tym znajomym, bo rzeczywiście Polacy obawiają się, żeby się po prostu nie zbłaźnić a to przecież nie o to chodzi.

  • W Polsce język angielski też się przydaje, nawet jeśli nie musisz codziennie rozmawiać po angielsku. Głównie ze względu na różne materiały w internecie, które często są wyłącznie po angielsku. Szkolenia, kursy, webinary, poradniki…
    Z tego co słyszałem to przyszłoroczny TEDx Lublin będzie wyłącznie po angielsku. ImaginationDay też jest wyłącznie w tym języku.
    Ja jestem freelanderem i w zasadzie pracuję wyłącznie dla polskich klientów, ale… kilka fajnych zagranicznych zleceń przeszło mi koło nosa, bo nie byłem w stanie porozumieć się przez telefon w języku Szekspira.
    Niestety ja też nie nauczyłem się go w mowie, kiedy mogłem. W piśmie sobie radzę (w razie czego jest translator). Ale nie wyjeżdżałem na wakacje za granicę, nigdy nie miałem konieczności rozmawiania po angielsku. Może faktycznie warto kiedyś wyjechać do Londynu na kilka tygodni, gdzie konieczność rozmowy to BYĆ ALBO NIE BYĆ. Chociażby, żeby kupić bilet powrotny 🙂

    • I z jednej strony ja jako przyszły nauczyciel powinienem powiedzieć Nie! Bo przecież internet to zło, bo przecież sprawia, że dzieci się ze sobą nie integrują. Z drugiej strony to jednak uogólnienie, bo tak jak piszesz to właśnie dzięki tej naszej globalnej wiosce możemy lepiej poznać angielski. Jak nie dla przyjemności to z musu. Oczywiście jeśli komuś zależy na tym, żeby się rozwijać 🙂

      Powiem Ci, że pomysł z taką podróżą na dłuższy czas do obcego kraju coraz bardziej wydaje mi się bliski. Nie dlatego, że w Polsce nauka angielskiego jest nierealna, ale po to, żeby sprawdzić się w praktyce 🙂 A potem można kupić już bilet powrotny 😀

  • Ja w większości przypadków miałam dobrych nauczycieli od angielskiego. Większość z nich rzeczywiście mieszkała w kraju anglojęzycznym przez jakiś czas. Dopiero w liceum miałam słabych nauczycieli i nauka tego języka naprawdę mi zbrzydła.

    Angielskiego tak na serio nauczyłam się w pracy. W korpie, w której według Ciebie bez angielskiego można się obejść. No niestety, nie można. Ja codziennie korzystam z tego języka i bez tego nie dałoby rady normalnie pracować. W większości zagranicznych firm tak jest. No i dodam, że właśnie jako dorosły nauczyłam się najwięcej tego języka.

    • To jest bardzo ciekawe, bo zasadniczo na etapie szkoły średniej nauczyciele powinni nas tym bardziej motywować do nauki języka, bo przecież matura, to z angielskiego to dopiero początek. Mam wrażenie, że w szkole jest ciągle zbyt dużo teorii.

      Z korpo to się rzeczywiście trochę nieprecyzyjnie wyraziłem. Chodziło mi o to, że dziś, mimo że powstaje wiele nowych firm, to jednak nadal duża część ludzi pracuje w mniejszych firmach i na stanowiskach przeciętnego Kowalskiego, który myśli, że skoro tu tylko sprząta to po co mu angielski 🙂 A tymczasem dziś sprzątaczka nawet w szkole jest osobą, która wie najwięcej 🙂

      • Nauczyciele może i nas motywowali przed maturą, ale nie na tyle, by ten język polubić, przynajmniej ja miałam takie odczucia. Maturę pisałam na poziomie podstawowym i poszła mi bardzo dobrze, aczkolwiek wtedy miałam nadzieję, że posługiwanie się tym językiem nie będzie mi więcej dane, że jeśli nie będę musiała, to uczyć się go nie będę. Traf chciał, że trafiłam do mojej aktualnej pracy, gdzie angielski to „musthew” ;). No i jakoś poszło. Wtedy, gdy szukałam pracy po swoich studiach na właściwie każdym stanowisku ten angielski był w mniejszym lub większym stopniu wymagany. Ja szukałam wręcz posady, gdzie nie będę musiała się angielskim posługiwać, no ale trafiłam zupełnie na odwrót :P. Z perspektywy czasu bardzo mnie to cieszy ;).

        • Pewnie motywowali do samej matury a nie do języka – tak przynajmniej zakładam. Ja jeszcze kilka lat temu, jak zaczynałem studia miałem nadzieję, że matura to koniec mojego angielskiego, ale przebywając z ludźmi na studiach i słuchając różnych historii coraz częściej przekonywałem się że jestem w błędzie.

          W lipcu tego roku uświadomiłem sobie, że jeśli przez następne dwa lata nic z tym nie zrobię, to cała ta moja pedagogiczna pasja, może pójść na marne 🙂

  • Też się nie nauczyłam tak jakbym chciała, ale miałam pecha – anglista co pół roku mi się zmieniał;/ na kursy kasy nie było i tak się jakoś zrobiło

    • To jest chyba najgorsza z możliwych opcji na jaką można trafić, jeśli anglista zmienia się prawie tak często jak zmienia się numer klasy. Moim zdaniem przynajmniej przez całą podstawówkę dzieci powinny mieć jednego, dobrego nauczyciela z angielskiego 🙂

      • Nie przesadzałabym, że to taka tragedia jak anglista się zmienia, bo są szkoły językowe w których metodą jest częsta zmiana nauczyciela, to mogło być nawet plusem nauki (mi się zmieniły anglistki w liceum i postrzegam to na plus, bo każda kładła nacisk na coś innego).

        • Myślę, że tu dużo zależy od osoby, czy potrafi ona łączyć ze sobą różne sposoby nauki i wynieść w efekcie coś konkretnego dla siebie. Ja niestety mam tak, że w kwestii języka przyzwyczajam się do pewnego modelu i jeśli on się potem sypie, to ciężko jest mi się przestawić.

  • ja Ci powiem, że najlepszym nauczycielem języka obcego jest miłość.
    zakochaj się w Angielce a język przyjdzie sam:))

    • Może to wcale nie jest taki beznadziejny pomysł 😀 Dzięki 😉

  • Przeczytałam ten tekst kilka dni temu i tak chodził mi po głowie, że wróciłam skomentować. Po liczbie komentarzy widzę, że nie tylko mnie ten temat rozgrzał 🙂
    Wnioskuję z tekstu, że ostatecznie doszedłeś do wniosku, że angielski warto znać dla wydarzeń takich jak ŚDM – jeśli dobrze zrozumiałam to bardzo mnie to cieszy.
    Natomiast nie podoba mi się, że twierdzisz, że możliwość komunikacji z kolegami i koleżankami z pracy jest „mniej sensownym argumentem”, wręcz tego nie rozumiem – przecież ludzie muszą/chcą pracować i angielski im to właśnie ułatwia.
    Jest też jeszcze jeden argument, dla mnie osobiście najważniejszy. Znajomość języka otwiera świat i znacznie przyspiesza jego poznawanie. Artykuły naukowe, nowinki z dosłownie wszystkich dziedzin życia, nowe metody w szkolnictwie, psychologii, marketingu – wszystko jest na wyciągnięcie ręki, ale po angielsku. Sądzę, że żeby być na bieżąco w jakimś temacie trzeba niestety korzystać z angielskiego, a nie czekać na tłumaczenia.
    Dodatkowo kultura, literatura, polityka, sytuacja na świecie – jeśli chcesz być blisko prawdy na jakiś bieżący temat nie warto nawet wchodzić na polskie strony, bo są niestety za często przedrukami zagranicznych artykułów.
    Nie chodzi mi tylko o anglosaski krąg kulturowy, ale bogactwo krajów afrykańskich i azjatyckich, karaibskich. Dla mnie to jest najpiękniejsze w angielskim.
    Piszę to bo zaczęłam w tym roku studiować zdrowie publiczne w UK i uczę się o całym świecie, wielkich problemach, które pożerają miliony istnień ludzkich. Rozważamy jak mogą reagować na katastrofy najbiedniejsze kraje świata, jak organizacje pozarządowe radzą sobie z klęskami w Afryce. I często sobie myślę „Jeżu, my w Polsce sądzimy, że mamy najgorzej, że żyje się tak źle, jesteśmy tak skoncentrowani na sobie, a nie mamy pojęcia (bo nikt nas nie informuje) co się naprawdę dzieje na świecie”.
    Można oczywiście się ze mną nie zgodzić i powiedzieć np. że ta wiedza jest do niczego niepotrzebna. Mi jednak jest potrzebna, bo nie niesamowicie wzbogaciła.
    Życzę Ci zatem chęci i powodzenia w nauce języków. Na zachętę Ci powiem, że znam wielu seniorów (bo uczyłam na uniwersytecie trzeciego wieku), którzy zaczęli się uczyć języka po 60-tce, więc więk nie jest wymówką.

    • Cieszę się, że temat przykuł Twoją uwagę, bo też sam tekst napisałem chcąc być krytycznym w stosunku do swojej osoby. ŚDM’y były dla mnie wydarzeniem kluczowym, ale sama myśl już kilkakrotnie przechodziła mi przez głowę. Mój problem niestety polegał na tym, że nie widziałem, albo nie chciałem dostrzec praktycznego przełożenia w moim życiu na język angielski.

      Angielski podczas większych imprez masowych na tle międzynarodowym bardzo ułatwia komunikację, ale nie jest to jedyny powód dla którego warto angielski znać i go używać. Tutaj w kraju pojawia się coraz więcej ludzi z poza naszych granic, czy to za pracą, czy rekreacyjnie. Sama możliwość swobodnej rozmowy w obcym języku, z drugim człowiekiem już jest czymś co napawa entuzjazmem. Kolejna rzecz, że wcale nie musimy naszych znajomości ograniczać do kontaktów w kraju, bo nigdy nie wiadomo, czy te kontakty nam się nie przydadzą; np. nasz znajomy z Włoch może nam znaleźć pracę, tylko wystarczy język.

      Witek Michalak zwrócił mi uwagę na to, że nawet w Blogosferze najważniejsze artykuły, które mogą mieć wpływ na nasz rozwój pojawiają się właśnie w języku angielskim, dużo wcześniej niż w naszym ojczystym języku. A jeśli chodzi o inne kultury, to zgadzam się z Tobą, że wiedza o nich daje nam osobiście większe pole do działania. Zwraca uwagę na problemy, których może nie dostrzegamy teraz, ale które za kilka lat mogą nas dotyczyć, albo już wcześniej nas dotyczyły.

      Dziękują za Twój komentarz i motywację. Mam nadzieję, żem i się uda 🙂

  • Ja niestety nie nauczyłam się angielskiego, mimo tego że w szkole miałam 🙁 4 lata w szkole podstawowej i wyniosłam tylko podstawy, potem w szkole średniej co roku zmieniali nam języki, jednego roku francuski, drugiego rosyjski…potem dwa lata angielskiego, ale niestety nauczyciel sam był malo wyedukowany, nie umiał przekazać wiedzy. Na studia nie chodziłam 🙁 moje średnie wykształcenie było wystarczające w mojej pracy… kto wie być może na starość to nadrobie 🙂

    • Mnie przeraża to, że poza 4 latami w podstawówce miałem angielski przez całe gimnazjum i całe liceum. Wiele z tego dla siebie nie wyniosłem, a teraz na studiach mój angielski to jest żart. Pozostaje mi więc tylko nauka na własną rękę. Problem w tym, że teraz to już nie będzie takie proste ja mogło być jeszcze kilka lat temu.

  • Ech lekcje angielskiego w szkole od podstawówki do liceum – słówka, słówka i gramatyka. Zero rozmów, konwersacji, matura ustna to stres i trzeba było brać dodatkowe lekcje. Totalny bezsens i strata czasu na lekcjach angielskiego w szkole :/

    • Napisałaś po prostu całą prawdę i nie ma tu nawet z czym dyskutować. Ja pamiętam jeszcze swoją radość, kiedy dowiedziałem się, że zdałem maturę na ponad 50%…

  • Różne aplikacje ułatwiają naukę 🙂 Łapie się wtedy słówka. Ale wiesz co tak najbardziej sprawia, że się uczymy języka? Osłuchiwanie się z nim. Zawsze szybciej i sprawniej łapiesz nowy język, gdy go słyszysz dużo i często. Polecam Ci np oglądać filmy jedynie z polskimi napisami, i już będziesz się osłuchiwał dodatkowo 🙂 Przyjechałam do Holandii nie umiejąc powiedzieć nawet dzień dobry po ichniemu, a wyjeżdżając po 3 latach składałam już ładne pełne zdania i dogadywałam się 🙂

    • Ja wiem, że osłuchiwanie się z językiem daje bardzo, bardzo dużo i zauważyłem to nie tylko po Światowych Dniach Młodzieży. Będąc w obcym mieście za granicą, przebywając tam kilka dni już da się słówka połapać.
      Ale powiem Ci, że na dzień dzisiejszy zastanawiam się mocno nad wyjazdem na wolontariat za granicę 🙂

  • kolejny post co mnie rozśmieszył 😀 Ja się uczyłam angielskiego od 6 roku życia i dobrze na tym wyszłam 😀 obecnie na topie jest chiński-japoński-włoski i rosyjski 😉 skorzystaj z korepetycji 😀

    • Ja mając 6 lat pamiętam to jeszcz w formie zabawy. Później niestety w szkole jakoś straciłem motywację. Niestety bardzo często dużą rolę na początkow odgrywają nauczyciele i ich zmiany. A teraz zabarałem się za aplikacja na smartfony 🙂