Polacy nie potrafią się bawić

Większość ludzi, tak w prasie, jak i w życiu zwraca uwagę tylko na tytuł, nagłówek, pierwsze zdanie napisane wytłuszczonym drukiem. Tym razem też nie będzie inaczej; wejdzie tu Bloger jeden z drugim, zobaczy tytuł i się zacznie…. „To nieprawda!”, „To, co piszesz to same kłamstwa”, „Cały ten tekst jest wyssany z palca”. Wiecie co? Możecie mi nawrzucać, że piszę bzdury, możecie oczekiwać na to dowodów, ale… Po pierwsze, tytuł to hipoteza, którą chciałbym, żebyśmy obalili. Po drugie; zanim napiszecie „ale”, to rozglądnijcie się wśród swoich znajomych, spójrzcie na siebie i zadajcie sobie pytanie; Czy potrafię się jeszcze dobrze bawić? A tak właściwie…

Co to znaczy „dobrze się bawić”?

Przyznaję się, zawaliłem. Dwa pytania naraz to za dużo, ale postaram się z tego jakoś wybrnąć, tylko dotrwajcie do końca tekstu. Ewentualnie możecie jeszcze skoczyć po czekoladę, bo zaraz zacznę jeździć po sobie, czyli popełnię samobójstwo. Wszystko dlatego, że sam nie potrafię się bawić. Wchodząc na domówkę nie zaczynam od progu śpiewać „Będzie, będzie zabawa…”, tylko do razu szukam wolnego krzesła dla swoich czterech liter. I większość ludzi, z którymi mam kontakt, których zaobserwowałem gdzieś na imprezie ma tak samo. Problem polega na tym, że my zawsze oczekujemy odpowiedniego miejsca, akcji i czasu. Zauważyliście, że najlepsza zabawa, gdziekolwiek byście nie byli, zaczyna się dopiero pod koniec? Każdy ma już gdzie siedzieć, każdy już pojadł, popił, ponabijał się z głupich wtop znajomego i wtedy dopiero rozkręca się impreza. 

A gdyby spróbować inaczej? Na przykład; przychodzisz na urodziny, a solenizant mówi Ci, że nie usiądziesz, dopóki nie zgadniesz jakie ciasto będziecie jeść. I zgadujesz; Czy to ciasto jest z alkoholem, czy bez? Można też sobie utrudnić życie i odpowiadać na pytania tylko „tak” lub „nie”. Wiecie, jaki jest problem?  Idąc na imprezę większość z nas nie myśli o tym, jakie będą atrakcje, tylko co będzie do jedzenia. Ewentualnie, czy wódka już jest w lodówce. Tak jakby bez alkoholu nie mogło być już imprezy.

Po alkoholu bawimy się lepiej

Tak, ale po łyku na rozluźnienie, a nie dopiero po pół litra. Bo zaczyna się od; „No, to może jeszcze po jednym” a kończy na czymś podobnym do stypy. Na mało której domówce ludzie śpiewają ot tak, bez okazji, więc jak tu oczekiwać jakichś kalamburów. A o tańcach to już w ogóle można zapomnieć. Przecież to nie wesele. Widzicie już problem? Zawsze, do wszystkiego musimy mieć okazję. Bez okazji nie ma tańca, śpiewu, że o jakichś grach integracyjnych już nie wspomnę. Bez okazji, to można się już tylko napić wódki.

bawić się

I na wszystkich piknikach, festynach, koncertach tak to właśnie wygląda. Przychodzą ludzie, siadają na ławeczkach, prawie się zabijając o wolne miejsca, zachwycają się chrupkami, piwem, kiełbasą z grilla. Jak komuś zdarzy się klaskać po występie, to już naprawdę jest sukces, choć i to może być tylko wymuszone. Smutne, ale prawdziwe. Tylko że to jeszcze nie jest ta chwila, kiedy powinniśmy się nad sobą załamywać.

Bawić to my, a nie nas

Pomyślało jakieś 19 milionów Polaków w tej samej chwili. Pomyślał każdy na Dniach Miasta, patrząc na kolegę obok; „Jak on się nie ruszy, to ja też.” I ominie Cię prawdopodobnie świetna zabawa, ale na żale wtedy będzie już za późno. Bardzo lubimy oglądać występy taneczne, chodzić na otwarte koncerty, ale żeby tak się na nich pobawić, potańczyć, to chyba ktoś musiałby nas kopnąć w tyłek. 

„Przecież ja nie umień tańczyć. Nie chcę z siebie zrobić pośmiewiska. A co jak mnie jacyś znajomi zobaczą?”

No to Cię zobaczą! Stwierdzą pewnie, że świetnie tańczysz, świetnie się bawisz, a Ci odważniejsi, będą chcieli bawić się razem z Tobą. Są też i tacy, co wstydzą się pokazać publicznie, bo przejmują się tym, co ludzie powiedzą, ale raczej nie warto na nich zwracać uwagi. Poza tym jest jeszcze jedna grupa osób, którą pominąłem; sami artyści. Myślicie, że nie przyjemniej im się występuję na scenie, kiedy widzą, że ludzie chcą, potrafią się przy tym dobrze bawić?

Tylko gdzie tu się bawić?

Powiedzcie sami; Ile razy w tygodniu widzicie w swoim mieście ludzi bawiących się na ulicach, rynkach, w parkach itd.? Kiedy ostatnio tańczyliście w grupie większej niż dziesięć osób? Kiedy w waszym mieście, ktoś, coś takiego zorganizował? I nie mówię tu o Sylwestrze, czy dyskotece, ale o tańcach integracyjnych typu; Belgijka. To jest prawie jak z Yeti; wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział. A takie wspólne tańce, wspólne zabawy naprawdę sprawiają, że ludzie stają się radośni, że zaczynają się na siebie nawzajem otwierać. Tylko że my wolimy żyć w swoim świecie; bez radości, bez wspólnej zabawy, za to z wygodną kanapą.
Follow my blog with Bloglovin

  • Niedawno rzucił mi się w oczy artykuł o wskrzeszaniu potańcówek i chyba ostatnio na fb przemknęło mi wydarzenie o tańcach na Dworcowej w Kato. Ale nie byłam, bo ni ma z kim, sami domatorzy wokół mnie ;).
    A bawimy się dopiero wtedy, jak skonstruujemy strefę komfortu- miejsce siedzące, pełniące też rolę miejsca na torebkę? Jest. Porcja rozluźniających trunków, żeby przestało mnie obchodzić, jak bardzo nie umiem tańczyć? Jest. Porcyjka tłustej kiełbasy tudzież kebsik osłonowo na żołądek, żeby kaca nie było? Jest. No, to teraz ewentualnie można rozważyć imprezowanie. Grunt, żeby to załatwić w godzinę od przyjścia, wtedy to już impreza na całego i przez dłuższy czas ;D

    • Jak znajdziesz jeszcze ten artykuł, albo nawet inny to możesz mi podełać. Bardzo chętnie poczytam. Może się nawet wybiorę 😀 Ze wszystkimi „jest” masz rację. Problem w tym, że coraz częściej to siedzenie, jedzenie i inne ważne sprawy stają się głównym celem spotkań towarzystkich.

      Co do rozluźnienia po trunkach to oczywiście rozumiem, ale nadal brakuje nam odwagi, żeby zaraz po nich po prostu wstać i pójśc się bawić 🙂

      • Artykułu raczej nie znajdę, bo to była jakaś babska gazeta dawno temu, ale wydarzenie na fb nazywało się „potańcówka na dworcowej”? W środy to chyba było, o ile się nie mylę. Myślę, że jak poszukasz, to gdzieś znajdziesz 😉

        • Znalazłem i wielkie dzięki za podrzucenie pomysłu na ciekawe spędzenie dnia 😉

          • Nie ma za co, udanej zabawy! Może jakaś relacja? ^^

          • Jak tylko tam dotrę to na pewno ślad tu zostanie 😀

  • Ja nie mieszkam w Polsce ale co roku na swieta jestem Zakopanym i kocham tamtejsze lokalne potancowki <3

    • Ja też zawsze spoglądam na nie z zainteresowaniem. Tym bardziej, że poza samą muzyką chodzi jeszcze o lokal z niecodziennym dla turystów klimatem 🙂

  • Narwany, pragniesz niemożliwego 🙂 Ty myślisz, że ileś ludzi przeczyta Twój post, który następnie rozniesie się po Polsce pocztą pantoflowa i nagle ludzie zmienią imprezy na karnawały rodem z Rio?
    Kiedy w ten sposób rozruszałeś imprezę?

    • Nie no, aż o takie karnawały to mi nie chodziło. Bardziej o odwagę do pokazania, że można się dobrze bawić nawet na festynie parafialnym. Że tak naprawdę, to nie potrzeba do tego konkretnego miejsca, bo tańczyć można nawet na ogródku w trakcie grilla. Wystarczy trochę odwagi.

      • Można, ale chyba nie każdy ma na to ochotę. jak ktoś chce potańczyć to idzie do dyskoteki. To musi być naturalne, wynikać np.z więzi z danymi ludźmi. Tak sądzę.

        • Może to już jest moje widzmisię, ale właśnie dlatego nie lubię dyskotek. Kojarzą mi się bardziej z klubami, w których tak naprawdę każdy bawi się sam.

  • „Tylko że my wolimy żyć w swoim świecie; bez radości, bez wspólnej zabawy, za to z wygodną kanapą.” – co do nas, to prawda. Co więcej nie czujemy potrzeby zabawy. Wolimy dążyć do naszych marzeń. Pozdrawiamy

    • I jedno i drugie jest ważne. Nie można nikomu zabronić dążenia do marzeń, ale one często są długotrwałe. Człowiek dzisiaj potrzebuje się od czasu do czasu odstresować a nic tak pozytywnie nie wpływa na nas jak śpiew, taniec, czy wspólne gry integracyjne, gdzie można się z siebie nawzajem pośmiać i otworzyć na ludzi 🙂

  • E tam, pić akurat można bez okazji 😀
    Ale ja się generalnie nie znam, wiesz? W sensie, nie imprezuję. Kiedyś pamiętam, że jak byłam na hip-hopowym koncercie, to było w sumie bardzo kulturalnie, bo co mnie ktoś szturchnął to od razu przepraszał. Ale tam same dzieciuchy były i to było jakoś w popołudniowych godzinach, więc i alkohol się nie lał 😉 Później byłam w Berlinie, ale tam chyba nawet nie sprzedawali alkoholu.
    Kojarzę domówki, jak miałam 16 lat, ale powiem Ci, poza alkoholem i gadaniem to nie pamiętam muzyki, tańców czy śpiewu.

    Ale generalnie tak, bez alkoholu zazwyczaj się ludzie nie potrafią rozkręcić, tylko nie wiem czy to cecha narodowa czy po prostu kwestia już globalna. W sumie tylko w małych społecznościach to jeszcze jakoś funkcjonuje, typu na imprezach żeglarskich – tam wszyscy tańczą, o 12-13, może po jednym piwku, bo przecież jest za gorąco, żeby bez ;D

    • Ja jestem z tych dziwnych ludzi, co raczej wolą się bawić bez alkoholu 😛
      Na jakieś zamknięte koncerty też raczej nie uczęszczam, ale to dlatego, że brak tam gwiazd za które byłbym w stanie zapłacić. Na większych imprezach zawsze jest alkohol, czy to tych prywatnych, czy na ogólnodostepnych – gdzie wiązę się to z biznesem.

      Dlaczego czepiam się domówek? Bo na domówkach jest stosunkowo mała grupa ludzi i pewne rzeczy łatwiej jest zauważyć. Łatwiej też się ludziom zintegrować – tylko zależy w jaki sposób. Dla mnie takie przesadne; „No to trzeba się napić” jest słabe…

      • ja generalnie nie przepadam za alkoholem i piję go rzadko, na zasadzie raz na miesiąc to maksimum, chociaż raz na dwa byłoby może bliższe prawdzie może? Ale lubię usiąść ze znajomymi, z którymi rzadko się widuję i wypić troszkę dobrego alkoholu, tak po prostu, bo to jakaś okazja, żeby otworzyć te piękne butelki, które lubię po prostu kupować 😀

        Nie jest on potrzebny, ale przecież to też nic złego raz na jakiś czas otworzyć butelkę dobrego trunku. Tylko wiadomo, nie po to, żeby się urżnąć 😉

        • I to jest własnie kwestia kultury i dobrej zabawy o którą mi chodzi 🙂

  • Coś w tym jest. Postanowiłam biegać. Na pierwszy bieg – zaledwie 3 km – wybrałam trasę najmniej uczęszczaną, bo było mi zwyczajnie głupio. Chociaż czemu to nie wiem. Chociaż mnie to na parkiet zawsze ciągnie i przed sceną jestem też pierwszą ze skaczących…

    • Chyba to było podświadome. Skoro zaczełaś biegać, to bałaś się, że tkoś może zwrócićna Ciebie uwagę, że się szybciej męczysz, albo nie masz techniki.

      Myślę, że wielu ludzi tak naprawdę ciągnie na parkiet, tylko nie każdy ma odwagę, żeby pokazać, że nawet jeśli nie tańczy perfekcyjnie, to umie się bawić 🙂

  • Z jednej strony tak… z drugiej jednak są wyjątki, które lubią i potrafią się bawić, a swą radością zarażają innych. Sama lubię się bawić, może nie tak publicznie, wśród obcych, ale w znanej i lubianej grupie to bez problemu 🙂

    • Sama napisałaś, że to wyjątki z których akurat powinniśmy się cieszyć. Ja osobiście uwielbiam takich ludzi, którzy potrafią sprawić, że mam ochotę się bawić razem z nimi niezależnie od tego jaki humor miałem przed chwilą. Co nie zmiena faktu, że jest ich dzisiaj mało – za mało.

    • Otóż to. Bawisz się dobrze w towarzystwie, które Ci odpowiada. Nie potrzebujesz wtedy ani alkoholu ani wyciągania na siłę na parkiet. Na siłę nikt nie lubi 😉

      • Nie ryzykujesz też wtedy zszarganą opinią i zszarganymi nerwami 😀

  • Problem Polaków tkwi w tym, że nie potrafią się wyluzować bez dawki alkoholu. Jesteśmy bardzo sztywnym narodem, niestety…;)

    • Zgadzam się z Tobą. Zwłaszcza jeśli chodzi o tańce i śpiewy. Bez alkoholu Polak nie potrafi. A szkoda. Bardzo mi się podobały spontaniczne tańce młodzieży na ulicy na ŚDM. Tylko pytanie, ilu wśród tej tańczącej młodzieży było Polaków?

      • Po alkoholu lepiej go nie słuchać jak śpiewa 😀 ŚDM’y dały mi właśnie trochę do myślenia też pod tym kątem. pytasz o to ilu było Polaków. Ja myśle,że jak na nasze standardy całkiem sporo, ale sęk w tym, że potrzebowaliśmy impulsu od Meksykanów, Wenezuelczyków, Brazylijczyków i innych ludzi obcej narodowości. Sami z siebie niestety pod tym względem leżymy.

        • No właśnie. Myślę, że za bardzo przejmujemy się tym co o nas powiedzą, albo że wyjdziemy na idiotów. Bo Polacy lubią się śmiać z innych. Bardzo lubią. Niestety. Stąd może w nas taka blokada.

          • To ze mną jest chyba coś nie tak, bo ja się wolę śmiać z samego siebie 😀

          • Nie martw się, ja też. 😀 Dzięki temu nabieramy dystansu do siebie i nie straszne nam np. tańce na ulicy. 😀

    • Tylko, że paradoksalnie nawet alkoholizm się leczy, a sztywność relacji międzyludzkich już nie 🙂

  • Z tym tytułem to trafiłeś w dychę. Wczoraj akurat wrzuciłam się na Wykop i jakiś… pipulek skomentował nawet nie czytając tekstu. To lubię najbardziej w ludziach, z góry wiedzą co będzie i komentują 🙂
    A co do zabawy – spokojnie, wyrośniesz ze sztywniactwa. W pewnym wieku już nie będziesz patrzeć iście Hiacyntowo (od Hiacynty Bukiet ;), czyli „co ludzie powiedzą”. W pewnym wieku już nie będziesz się zastanawiać jak ukradkiem wyjść z nudnej imprezy. W pewnym wieku stwierdzisz, że czas zaszaleć 😀

    • Wiesz dobrze, że moje tytuły są tak napisene specjalnie, co też sprawia, że jak tkoś z grup blogerskich wejdzie, to napisze; „Świetny tekst, zgadzam się w 100%”. A post zupełnie o czym innym.

      Ze sztwywniactwem pewnie masz rację. Za 20 parę lat, będę już gruby, łysy i jeszcze bardziej przygarbiony niż teraz. Nie będę miał nic do stracenia 😀 A jak mi się na imprezie znudzi, to ludzie mojego wyjścia też nie zauważą, chyba, że stanę się królem parkietu, co mi się nie zdarza 😀

      • Myślę, że już za 5, 10 lat Twoje nastawienie może się zmienić 🙂
        I nie będzie to miało nic wspólnego z wyglądem, ale raczej świadomością traconego czasu.

        • Pewnie masz rację, ale w tej chwili jeszcze jakoś specjalnie o tym nie myślę 🙂

  • Niestety muszę się z tym zgodzić… 🙂 Czasem zastanawiam się od czego to zależy, ale po alkoholu to różne dziwne rzeczy się dzieją. 🙂

    • Myślę, że ludzie powinni umieć naturalnie wrzucić na luz bez wspomagaczy, bo potem przestają siębie kontrolować i kończy się zabawa.

  • Ile licealnych eventów skupiało w sobie przynajmniej kilka rundek belgijki .. świetna srawa i wspomnienia ;D Osobiście uwielbiam muzykę, nie umiem nad sobą panować i lubię dać się ponieść, ale fakt faktem czy zrobiłabym to sama, pośród tłumu ludzi twardo stojących z kijami w tyłkach? Nie wiem…

    • Zazdroszczę Ci, że tak miałaś. Moje liceum było sztywne pod tym względem jak kij od miotły. Dopiero na studiach tak naprawdę oświeciło mnie, że jest tyle możliwości wspólnej zabawy – tak w szkole jak i poza nią. A ja jeszcze jestem taką osobą, że jak słyszę muzykę to nogi same zaczynają mi skakać i myślę, że wielu ludzi też tak ma tylko sie do tego nie przyznają otwarcie. Choć nie zmienia to faktu, że raźniej się tańczy w grupie, gdzie każdy dobrze się bawi, pomimo jakiejś swojej ułomności 🙂

  • Masz tezę i jak chcesz ja bronic nie podając PRZYKŁADÓW?

    Cały artykuł jest wyssany z palca. Nie wiem na jakiej postawie wrzucasz wszystkich do jednego wora. Brzmi jakbyś miał tylko patent na świetną zabawę. Polacy potrafią się świetnie bawić. Przykład? Kibice.
    No, ale to jest potrzebna OKAZJA, a tobie to przeszkadza. No cóż ogniska/grillowania nie potrzeba okazji tylko trochę słońca.

    Jak czytam takie clickbaitowe tytuły, gdzie mogę przeczytać jak to „polaczki” nie potrafią tego i tam tego, to aż raka można dostać.

    • No i widzisz Narwany, dostało Ci się 😀
      Dobra, na Twoją obronę powiem coś pośredniego: Polacy na wakacjach to tragedia. Obecnie przebywam w Chorwacji i w porównaniu z nimi, Polacy rzeczywiście mają problem by dobrze się bawić, zwłaszcza z małą ilością alkoholu. Ale to inna kultura inny klimat.Chorwaci sami od siebie śpiewają, nawet po niewielkiej ilości trunku , a wesele które wczoraj widziałam….rewelka! ale nie można wymagać tego samego u nas. To po prostu INNY KLIMAT.

      • A rozmawiałas z tymi Polakami czy stwierdzilas to sobie od tak? Bo to modne? Ileż razy można przerabiać jeden schemat myślowy. Kultura nie ma tu związku. Dlaczego Polacy nie śpiewają? Bo może ktoś wezwie policję aby wlepała mandat. Przestańcie myśleć że ktoś was zabawi

        • Ależ ja nie chcę aby mnie ktoś zabawiał! Nawet nie pragnę by wszyscy wokół śpiewali! obserwuje Polaków na wakacjach od lat i stwierdzam, ze zagranicą albo jadą buraki albo stają się burakami.

          • A ja słyszę o Niemcach chamach i bałaganiarzach Arabach.

  • Bo my ogólnie często mamy kije w tyłku i stąd takie problemy. Jak ktoś jest wyluzowany, to i bez alkoholu się bawi, jak ktoś nie jest, to i alkohol nie pomoże. Ważne, że jesteśmy z tym szczęśliwi i chociaż na to nie narzekamy, to by dopiero było, gdyby wujo stefan narzekał bez alkoholu bawić się nie potrafi, a z alkoholem to tylko głupoty plecie 😉

    • No dobra, przyznaję, że ja akurat przez zalecenia alkoholu nie piję, ale nie uważam, że jest to dla mnie jakaś tragedią życiową. Nauczyłem się być wyluzowany i bez tego, a tak jak zauważyłaś, są ludzie których to przerasta i znam takie osoby osobiście.

      A co do wuja Stefana – przynajmniej można się pośmiać na trzeźwo 😉

  • A ja się nie zgodzę, mimo że przeczytałam dalej, niż do tytułu.
    Otóż wychodzisz z błędnego założenia, na którym zresztą rozkłada się większość ,,zabaw”.
    Pytasz, gdzie są tańce, gdzie są gry integracyjne… ile znasz osób, które uwielbiają gry integracyjne i rzeczywiście sprawia im to przyjemność? Ja nie znam zbyt wielu.

    Ludzie się nie „bawią” bo zawsze znajdzie się jakiś prowodyr, który nas do tej zabawy zmusza – ignorując, że może my wolimy np. porozmawiać z sąsiadem, zamiast udawać, że taaaaak nas bawi owijanie się kawałkiem liny w totalnym przytuleniu do obcego faceta albo popisywanie się talentem wokalnym, którego nie mamy.

    ,,Umiesz się bawić” dopiero wtedy, kiedy nie protestujesz przeciwko robieniu rzeczy, które większość ludzi odczuwa jako niekomfortowe i sztywne. Dopiero wtedy, kiedy zabawą jest dla ciebie epileptyczne pląsanie po parkiecie na zawołanie. Tyle ile ludzi, tyle definicji zabawy. Nie wiem dlaczego usiłujemy wtłoczyć wszystkich w jedną.

    (I tak samo chyba jest z alkoholem – nie pijesz to znaczy, że się nie bawisz i jesteś na bocznym torze. Ilu z nas marzy o spędzeniu czasu z rodziną albo znajomymi bez wódy, ale zawsze pojawi się ten jeden, co zaproponuje, a taka jest definicja zabawy, nie?)

    • Wychodzę z błędnego i trochę wyidealizowanego założenia – wiem to, ale biorę pod uwagę fakt, że taki wpływ na mnie mają moje studia a studiuję Pedagogikę Specjalną. Problem w tym, że w gronie pedagogów można się czasami pośmiać, podyskutować o tym co naprawdę jest dobrą zabawą. Przychodzą kreatywne pomysły, a kiedy ma się już etat, to no nie czarujmy się panie przedszkolanki rzadko kiedy chcą robić z siebie tzw. błazna. Bo przecież to jest ich opinia. Tymczasem dzieci najlepiej bawią się, kiedy potrafimy schować swój tytuł do kieszeni.

      Nigdy natomiast nie powiedziałem i nie uważam, że należy kogoś do zabawy zmuszać, bo jest to najgorsza z możliwych opcji. Rozumny człowiek sam wybiera to co dla niego wartościowe. Dużo zależy od tego, jaki kto ma dystans do siebie i granicę bliskości z drugim człowiekiem.

      Do dobrej zabawy nie potrzeba też alkoholu i przy tym będę obstawał zawsze 🙂

      • No właśnie, alkoholu nie trzeba. Tak samo nie trzeba tańca, szarad, śpiewów i innych wymienionych przez Ciebie w artykule 🙂

        Nie czarujmy się, nie chcą z siebie robić błazna – bo robienie błazna nie sprawia im przyjemności, więc analogicznie nie jest dla nich zabawą. Może bawią się w inny sposób?

        • Możliwe. Po prostu z moich doświadczeń wynika, że jak ludzie nie mają dystansu do siebie, to i z dobrą zabawą jest u nich ciężko. I wcale nie chodzi mi tu o robienie z siebie tylko i wyłącznie błazna 🙂

          • Cały czas mam wrażenie, że trochę się mijamy w tej rozmowie.
            Czyli co – mam najpierw udowodnić, że potrafię z siebie zrobić błazna, bo jeśli przejdę od razu do rzeczy dla mnie zabawnych, to okaże się, że nie umiem się bawić?

            Podałeś jako przykład festyny, więc pozostańmy przy tym.
            X osób przychodzi na festyn i siada na ławce ze znajomymi.
            Wszyscy myślą: Ale świetnie się bawię, siedzę ze znajomymi, rozmawiamy sobie, relaksujemy się, muzyka gra, jemy kiełbasę, jest super.
            Ty mówisz: O, nie umieją się bawić, nikt nie tańczy, nikt nie śpiewa, wszyscy mają kije w dupie i tylko siedzą na tych ławkach.

            Ale przecież oni się bawią. Powinni najpierw przyjść, tańczyć i śpiewać – wtedy stwierdzisz, że się bawią, choć nie mają z tego przyjemności. I dopiero wtedy mogą usiąść i przejść do tego, co rzeczywiście ich bawi? To która zabawa jest prawdziwsza?

          • Masz rację, że wszystko zależy od definicji zabawy. Ja piszę o niej w takim kontekście, bo jednak często spotykam się z osobami, dla których definicją zabawy jest właśnie wspólny taniec i śpiew, ale nie robią tego bo się wstydzą i boją, że zostaną wyśmiani. Coś w stylu zachowania „i chciałabym i boję się”, dlatego lepiej zostać w strefie komfortu.

            Oczywiście rozumiem też, że są osoby, których nie bawi taniec i śpiew, ale po nich przeważnie widać, że jest im dobrze tak jak jest i nie ciągnie ich do takich rozrywek. Natomiast po osobach o których pisałem w poście można doskonale poznać, że samo siedzenie i jedzenie średnio im pasuje i w sumie gdyby pojawił się ktoś, kto ich na parkiet wyciągnie, to chętnie by poszli 🙂

  • Coś w tym jest o czym piszesz, ale myślę, że w grupie wystarczy jeden „wodzirej”, jedna towarzyska dusza zwana gwiazdą i zabawa gwarantowana. Alkohol też nie jest wtedy potrzebny. Poza tym ja dobrze się bawię w towarzystwie, które znam i które mi odpowiada. Nie muszę bawić się wszędzie i na każde zawołanie, co wcale nie wyklucza dobrej, spontanicznej zabawy np. na koncercie, w parku czy tzw. domówce.

    • To czasami zadzwiające, ale tak jest. Jedna „gwiazda” w dobrym towarzystwie może tyle zdziałać. Dużo lepiej jest nam się dogadać pod tym kątem w grupie znanych i lubianych przyjaciół, ale kiedy Ci nie są skłonni do wspólnej zabawy szukamy najczęściej innej grupy docelowej.

      Z dobrą zabawą na zawołanie rzeczywiście bywa ciężko, bo nie każdemu przypadnie to do gustu. Z drugiej strony przy odpowiednim wodzireju nie ma rzeczy niemożliwych, choć i tu zdarzają się wyjątki 🙂

  • Ja się z Tobą trochę zgodzę, niestety ciężko jest Polakom bawić sie bez alkoholu, taki naród my i rosjanie. Ja z racji, że nie pije od dłuższego czasu mam z tym problem i staram się unikać imprez, bo nie mogę znieść ludzkich głupot po alkoholu. Do dobrej imprezy trzeba mieć dobrych ludzi. Moja siostra ze szwagrem organizują fajne posiadówki, zawsze są planszówki, kalambury, tańce, śpiewanie starych piosenek – koncert życzeń od sex on fire po disco polo 🙂 tematyczne kolacje, fajne jedzonko, różne alkohole żeby popróbować 🙂

    • Polacy i Rosjanie? To Ty nie widziałaś zachodniej młodzieży 🙂

    • Polonista pewnie by się uczepił, że nie można się trochę zgodzić, ale rozumiem co chciałaś napisać 😀 Ja alkohlolu unikam bo muszę, nie z wyobru, choć i pewnie gdybym go miał zrobiłbym tak samo. I fajnie jest się pośmiać z kogoś pod wpływem % raz, czy drugi, ale za dziesiątym to staje się denerwujące.

      No dobra, na upartego, jakby ktoś chciał się kłócić to nawet przy tych planszówkach można się napić browara, ale wszystko z rozsądkiem. Dla mnie ot nie jest konieczność. Co innego jeśli chodzi o jedzenie, bo Polak głodny, to Polak zły. A jak zły, to ani na planszówki, ani na śpiewanie nie ma ochoty 😀

  • Krystyna Polek

    właśnie większość czeka aż ktoś ich zabawi a w sumie dobra zabawa zależy też od nas

    • Tam gdzie każdy zrzuca odpowiedzialność za dobrą zabawę na każdego, tam nie bawi się nikt.

    • Tak, to prawda-bo patrzymy jedni na drugich, aż ktoś coś zrobi-jak w wielu innych sytuacjach 🙂

      ale też na imprezach co słyszy gość? „Usiądźcie”, „Jedzcie, pijcie”- nie ma często freestyle’u 🙂
      Jest tez druga str.medalu, a właściwie trzecia: może wielu ludzi po prostu nie ma ochoty na śpiewy i tańce? Ja np.nie mam! Nigdy. Nie lubię w ogóle imprez. Lubię patrzeć 🙂 I rozmawiać z ludźmi, ale wcale nie śpieszy mi się do karaoke, a do tańczenia nikt mnie nie wyciągnie.

      • Winnych nie trzeba daleko szukać a z kim przystajesz takim się stajesz.
        To o czym mówisz, że ludzie nie mają na coś ochoty. To jest niemożliwe dzisiaj, bo przecież trzeba chcieć się bawić, jeśc, pić. Po coś tu w końcu przyszedłeś, co nie? Czasami nie da się na siłę ludzi wbić w nasze standardy,więc chyba lepiej im dać trochę luzu.

  • Hmmm moze masz racje? Ja staram sie jednak nie wrzucac wszystkich do jednego wora, a zmiane swiata zaczynam od siebie. I ja potrafie sie dobrze bawic 🙂

    • Sam mam wrażenie, że na niektórych imprezach, czy spotkaniach czuję się szytwno. Może to moja wina, może presja społeczeństwa. Mimo wszystko staram się dobrze bawić nawet jeśli okoliczności nie są zawsze sprzyjające 🙂

  • Chciałam napisać coś mądrego, ale wyszło mi, że na żadnej domówce nie byłam od lat 😛 poza parapetówką znajomych, gdzie było miło od progu, ale to była parapetówka spod znaku foteli i rozmów, tańców nie odnotowano; sąsiedzi pewnie się cieszyli, a ja na pewno – nie tańczę. I to nie, że nie tańczę, bo nie umiem się bawić. Nie tańczę, bo na studiach naprawdę wolałam pisanie kartkówek niż stres związany z tańczeniem (i błagam, bez tekstów, że to trzeba się wyluzować i jest fajnie; nie słyszę rytmu, tak niemal absolutnie, a już totalnie nie rozumiem jaki związek ma rytm z ruszaniem się; taniec to jak mówienie do mnie po chińsku).
    W sumie wymuszonych gier i zabaw integracyjnych też nie lubię. xD To jest takie na siłę często. Tak, czasami złapie się flow, ale ja bym tam wolała pogadać o czymś, co jest ciekawe akurat, a nie zgadywać jaką księżniczkę disneya nakleili mi na czoło (tru story xD) – fajne to było, śmiechy chichy, ale w sumie niczego o współbiesiadnikach mi nie powiedziało, pozostali równie obcy, ot dodatkowo zaksiężniczkowani 🙂

    Ale wracając do początku, to nie, nie zauważyłam, aby imprezy robiły się najlepsze pod koniec. Raczej w 1/3 mają swój szczyt, a potem to zależy od miejsca, towarzystwa itd. Może chodzimy na inne imprezy 😉 A może ja mam za małą próbkę badawczą, bo generalnie chodzę rzadko – tłoczno, głośno i są tam l-l-llluuuudzie… *alien mode* 😛

    • Na ostatniej domówce byłem w zeszłym tygodniu – tak dla porównania. Pełno krzeseł, foteli, jedzenia. A i bez alkoholu się nie obyło. Zamiast tańców był SingStar, więc biorąc pod uwagę talenty wokalne, to sam nie wiem co gorsze 😀 No, ale to normalne, że jedni wolą śpiewać, inni tańczyć a jeszcze inni siedzieć na kanapie i po prostu rozmawiać. Grunt, żeby nikogo, do niczego nie zmuszać, bo stres to najgorszy wróg dobrej zabawy.

      Ja z grami i zabawami integracyjnymi spotykam się głównie na studiach, ale wiem też że poza nimi trudno by bylo kogoś na siłę do nich przekonać – nie tak jest idea. Jeśli to wyjdzie od większości ludzi – nie ma problemu, jeśli nie – zawsze można po prostu podyskutować.
      Z tymi imprezami najlepszymi pod koniec, to bardziej chodzi o poziom wyluzowania. Wiesz, ludzie się bardziej rozkręcają w rozmowie, więcej żartują, albo są odważniejsi, bo więcej wypili. Różnie bywa.
      Tak jak napisałaś; zależy od miejsca i towarzystwa 🙂

  • W skali społeczeństwa – masz rację. Wystarczy spędzić wieczór na uliczkach Barcelony (czy, prawdopodobnie, innego zachodnio-europejskiego miasta), żeby odkryć ogromne różnice kulturowe w podejściu do zabawy. Jednak wydaje mi się, że młodsze pokolenia Polaków wychodzą z tego alkoholowego impasu, odchodzą od popijaw z wódką za suto zastawionym stołem na rzecz ciekawych i konstruktywnych imprez z alkoholem jako dodatkiem, a nie główną atrakcją. Może to przypadki jednostkowe, może tylko opieram się na moich doświadczeniach, ale generalnie nie lubię generalizować. 😉

    • Jeżeli masz takie doświadczenia z ludźmi to bardzo się z tego cieszę, bo ja ich nie zauważyłem. Owszem, jakby popytac ludzi, to powiedzą Ci, że na stole wcale nie musi być alkoholu, że lepiej jest pośpiewać, albo pograć w karty. W gruncie rzeczy jednak, jeśli spytasz czy na ostatniej domówce był alkohol, to nie zaprzeczą.

      Jest też kwestia cienkiej granicy, przez którą alkohol – niby dodatek – staje się czymś podstawowym na domówkach, Sylwestrach itp. No przynajmniej z moich obserwacji tak to wygląda. Z punkty widzenia osoby która napije się alkoholu tylko od święta – trudno się w takiej sytuacji odnaleźć.

  • No bez alko to niestety nie bardzo potrafimy imo.

  • Natalia

    Przyznam, że dobrze piszesz… Sama wczoraj byłam na imprezie i powiem Ci, że nikt nie tańczył dopóki nie przyniesiono alkoholu. A jak już wszyscy się napili to sytuacja kompletnie wymknęła się spod kontroli, było mniej więcej tak, jakby stado zwierząt uciekło z zoo 😉 Szkoda, że ludzie nie są w stanie się bawić bez wcześniejszego upicia się :/

    • Z tego własnie powodu ja z wielu imprez ostatnio rezygnuję. Po prostu mnie to nie kręci. Nie zawsze chodzi o ilość, ale też o jakość. Wolę pójść na dwie imprezy w roku, bez alkoholu, gdzie tańczy się do białego rana i pamiętać je przez kolejnych 11 miesięcy 🙂