Polacy nie potrafią się bawić

Większość ludzi, tak w prasie, jak i w życiu zwraca uwagę tylko na tytuł, nagłówek, pierwsze zdanie napisane wytłuszczonym drukiem. Tym razem też nie będzie inaczej; wejdzie tu Bloger jeden z drugim, zobaczy tytuł i się zacznie…. „To nieprawda!”, „To, co piszesz to same kłamstwa”, „Cały ten tekst jest wyssany z palca”. Wiecie co? Możecie mi nawrzucać, że piszę bzdury, możecie oczekiwać na to dowodów, ale… Po pierwsze, tytuł to hipoteza, którą chciałbym, żebyśmy obalili. Po drugie; zanim napiszecie „ale”, to rozglądnijcie się wśród swoich znajomych, spójrzcie na siebie i zadajcie sobie pytanie; Czy potrafię się jeszcze dobrze bawić? A tak właściwie…

Co to znaczy „dobrze się bawić”?

Przyznaję się, zawaliłem. Dwa pytania naraz to za dużo, ale postaram się z tego jakoś wybrnąć, tylko dotrwajcie do końca tekstu. Ewentualnie możecie jeszcze skoczyć po czekoladę, bo zaraz zacznę jeździć po sobie, czyli popełnię samobójstwo. Wszystko dlatego, że sam nie potrafię się bawić. Wchodząc na domówkę nie zaczynam od progu śpiewać „Będzie, będzie zabawa…”, tylko do razu szukam wolnego krzesła dla swoich czterech liter. I większość ludzi, z którymi mam kontakt, których zaobserwowałem gdzieś na imprezie ma tak samo. Problem polega na tym, że my zawsze oczekujemy odpowiedniego miejsca, akcji i czasu. Zauważyliście, że najlepsza zabawa, gdziekolwiek byście nie byli, zaczyna się dopiero pod koniec? Każdy ma już gdzie siedzieć, każdy już pojadł, popił, ponabijał się z głupich wtop znajomego i wtedy dopiero rozkręca się impreza. 

A gdyby spróbować inaczej? Na przykład; przychodzisz na urodziny, a solenizant mówi Ci, że nie usiądziesz, dopóki nie zgadniesz jakie ciasto będziecie jeść. I zgadujesz; Czy to ciasto jest z alkoholem, czy bez? Można też sobie utrudnić życie i odpowiadać na pytania tylko „tak” lub „nie”. Wiecie, jaki jest problem?  Idąc na imprezę większość z nas nie myśli o tym, jakie będą atrakcje, tylko co będzie do jedzenia. Ewentualnie, czy wódka już jest w lodówce. Tak jakby bez alkoholu nie mogło być już imprezy.

Po alkoholu bawimy się lepiej

Tak, ale po łyku na rozluźnienie, a nie dopiero po pół litra. Bo zaczyna się od; „No, to może jeszcze po jednym” a kończy na czymś podobnym do stypy. Na mało której domówce ludzie śpiewają ot tak, bez okazji, więc jak tu oczekiwać jakichś kalamburów. A o tańcach to już w ogóle można zapomnieć. Przecież to nie wesele. Widzicie już problem? Zawsze, do wszystkiego musimy mieć okazję. Bez okazji nie ma tańca, śpiewu, że o jakichś grach integracyjnych już nie wspomnę. Bez okazji, to można się już tylko napić wódki.

bawić się

I na wszystkich piknikach, festynach, koncertach tak to właśnie wygląda. Przychodzą ludzie, siadają na ławeczkach, prawie się zabijając o wolne miejsca, zachwycają się chrupkami, piwem, kiełbasą z grilla. Jak komuś zdarzy się klaskać po występie, to już naprawdę jest sukces, choć i to może być tylko wymuszone. Smutne, ale prawdziwe. Tylko że to jeszcze nie jest ta chwila, kiedy powinniśmy się nad sobą załamywać.

Bawić to my, a nie nas

Pomyślało jakieś 19 milionów Polaków w tej samej chwili. Pomyślał każdy na Dniach Miasta, patrząc na kolegę obok; „Jak on się nie ruszy, to ja też.” I ominie Cię prawdopodobnie świetna zabawa, ale na żale wtedy będzie już za późno. Bardzo lubimy oglądać występy taneczne, chodzić na otwarte koncerty, ale żeby tak się na nich pobawić, potańczyć, to chyba ktoś musiałby nas kopnąć w tyłek. 

„Przecież ja nie umień tańczyć. Nie chcę z siebie zrobić pośmiewiska. A co jak mnie jacyś znajomi zobaczą?”

No to Cię zobaczą! Stwierdzą pewnie, że świetnie tańczysz, świetnie się bawisz, a Ci odważniejsi, będą chcieli bawić się razem z Tobą. Są też i tacy, co wstydzą się pokazać publicznie, bo przejmują się tym, co ludzie powiedzą, ale raczej nie warto na nich zwracać uwagi. Poza tym jest jeszcze jedna grupa osób, którą pominąłem; sami artyści. Myślicie, że nie przyjemniej im się występuję na scenie, kiedy widzą, że ludzie chcą, potrafią się przy tym dobrze bawić?

Tylko gdzie tu się bawić?

Powiedzcie sami; Ile razy w tygodniu widzicie w swoim mieście ludzi bawiących się na ulicach, rynkach, w parkach itd.? Kiedy ostatnio tańczyliście w grupie większej niż dziesięć osób? Kiedy w waszym mieście, ktoś, coś takiego zorganizował? I nie mówię tu o Sylwestrze, czy dyskotece, ale o tańcach integracyjnych typu; Belgijka. To jest prawie jak z Yeti; wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział. A takie wspólne tańce, wspólne zabawy naprawdę sprawiają, że ludzie stają się radośni, że zaczynają się na siebie nawzajem otwierać. Tylko że my wolimy żyć w swoim świecie; bez radości, bez wspólnej zabawy, za to z wygodną kanapą.
Follow my blog with Bloglovin