Korepetycje to nie wolontariat

Maj jest bardzo gorącym czasem (i nie chodzi tu tylko o temperaturę) dla wszystkich uczących się. Maturzyści już za chwilę rozpoczną swoje pierwsze w życiu, tak ważne egzaminy. W końcu przygotowywali się do nich solidnie przez całe trzy lata. W końcu, te kilka godzin wyjętych z życia zaważy na ich dalszej przyszłości, ten egzamin, to ich być, albo nie być. Dlatego tak wielu uczniów, czy raczej musiałbym powiedzieć, rodziców; decyduje się dziś na to, żeby jednak znaleźć te dodatkowe parę złotych i opłacić swojej córce/ swojemu synowi korepetycje. Najczęściej robią to na miesiąc, no góra dwa miesiące przed.

No i w sumie z jednej strony trudno im się dziwić, bo przecież dzisiaj zarówno dzieci, jak i rodzice mają taaaki wybór. Wybierając korepetycje mogą przebierać w ofertach tak samo jak przegrzebują półki w marketach, kiedy wiedzą, że jest promocja. No i w sumie jest w tym trochę racji, bo dzisiaj, w zasadzie korepetycje są dla każdego i każdy może ich udzielać. No, dobra, ale przejdźmy może do konkretów. Zaczniemy dziś od odpowiedzi na pytanie;

Jak znaleźć korepetycje?

I to nie byle jakie, tylko te najlepsze, żeby w krótkim czasie i najlepiej za niewielkie pieniądze osiągnąć sukces. Mówicie, że to niewykonalne? Dzisiaj? W czasach kiedy absurd godni absurd? Nic bardziej mylnego!

uczeń

 1.Korepetycje w MOPS-ie

 

O jakości usług tej instytucji lepiej jest się nie wypowiadać, ale…nie jeśli chodzi o korepetycje. Co prawda nie udzielają ich wielcy specjaliści z danej dziedziny, żadni uczeni ani profesorowie, tylko zwykli uczniowie a nawet studenci, ale czasami myślę sobie, że może to i nawet lepiej, bo nie robią tego za pieniądze. Ale, ale…w gruncie rzeczy nie robią też tego tak zupełnie za darmo. Po skończonej robocie mogą bardzo często liczyć w punkcie na ciepłą herbatę a nawet coś słodkiego. Muszą co prawda prowadzić przy tym dosyć szczegółową dokumentację swojej pracy, ale biorąc pod uwagę, że jak trafią w tym MOPS-ie na ogarniętych ludzi to mogą nawet zyskać całkiem niezłe referencje – no to sami przyznacie, że biznes is biznes. Czyli całkiem całkiem. dodatkowym plusem jest to, że korki są prowadzone przez uczniów, dla uczniów, więc i sposoby nauki są przez lata już sprawdzone.  Jedyną wadą jest to, że tak naprawdę, to hajsu z tego nie ma.

 

2. Korepetycje w szkole

Te też są całkiem atrakcyjne, bo po pierwsze; są w szkole, czyli na dobrą sprawę jak chcesz się jeszcze douczyć to nie musisz nigdzie daleko tyłka ruszać. Druga sprawa, że nawet tutaj wybór jest całkiem spory. Po pierwsze możesz iść na dodatkowe zajęcia do swojego nauczyciela z przedmiotu. Jak Ci jego system nie spasuje, to za zgodą prowadzącego możesz się douczyć u innego nauczyciela, nadal w tej samej szkole i nadal za darmo (to jak wielu uczniów z tego korzysta to już inna sprawa). To, że za te dodatkowe godziny nauczyciele mają jednak płacone nie jest już wcale takie oczywiste. Bo, to wszystko tak naprawdę zależy od tego, w ramach jakich godzin (nauczyciela) się te zajęcia odbywają.

W ostateczności jest jeszcze trzecia opcja, że któryś z Twoich zdolnych kolegów zgodzi się (oczywiście tutaj nadal za darmo) w ramach swoich dobrych chęci takich korepetycji udzielić. Problem tylko w tym, że uczniowska pomoc tutaj, to tylko teoria. Prawda jest taka, że mało komu się chce, bo marny z tego biznes. Siedzisz po godzinach, uczysz jakiegoś lenia, któremu się totalnie nic nie chce a jedyne na co możesz liczyć, to punkty z zachowania. Dlatego ta opcja korepetycji jest raczej martwa. 

3.Profesjonalna pomoc studencka

I to nie jest żadne żart, bo ona naprawdę istnieje i ma się całkiem dobrze. A wszystko rozbija się o to, że studenci (najczęściej polibudy, albo kierunków pedagogicznych) decydują się zamiast scrollowania fejsa udzielać korepetycji. Niby to jest bardziej pracochłonne, ale w końcu hajs na alko nie rośnie na drzewach. W zależności od zachcianek takiego studenta, ale też jego wykształcenia, znajdziecie ceny do 15-30 złotych za godzinę zegarową. Tylko, że znowu na taką formę pomocy mało kto się decyduje, bo nie dość, że to mało opłacalne, to jeszcze czasochłonne.

Po pierwsze musisz najczęściej do tego ucznia dotrzeć sam. Autobus pochłania czas i pieniądze, dlatego większość studentów bierze takie oferty, gdzie da się jednak w krótkim czasie dojść pieszo. Mało kto jednak docenia takie poświęcenie, gdzie deszcze, nie deszcz, śnieg, czy inne kataklizmy, na korki trzeba dotrzeć. No, więc siedzisz na tych korkach za dwie dychy za godzinę, patrzysz na tego biednego człowieka, który nawet z metod studenckich niewiele ogarnia a za karę, że akurat przyszedłeś w złą pogodę nie dostaniesz nawet kubka ciepłej herbaty. I możecie mi wierzyć lub nie, ale z tą herbatą (na szczęście jednak nie w każdym przypadku), to prawda.

książka


4. Korepetycje w domu u nauczyciela


Teoretycznie mają one największy sens, bo się za nie najwięcej płaci, ale i to nie zawsze prawda. To znaczy, to że się najwięcej płaci, to tak, ale niekoniecznie , że jest to zawsze najlepsza metoda nauki.
Po pierwsze najczęściej jest u dobrego korepetytora większa liczba uczniów niż tylko jeden, więc albo wybiera on sobie metodę grupową, co jest mało sprzyjające, (zwłaszcza, że płacisz za to jednak te 40zł za godzinę), albo wybiera metodę 1:1. Tylko, że jak czas Ci się skończy, to najczęściej nie ma już żadnego: „Jeszcze pięć minutek”. Druga sprawa jest taka, że jak się okaże, że Ci system korepetytora nie spasował, to jest problem. Bo raz, że płacisz za to od 40-50 zł za godzinę a dwa, że jak już się na takiego korki zapiszesz, to nie licz, że u kogoś innego, od tak, znajdzie się wolne miejsce.
Prawdziwym problem polega jednak na tym, ze 40 zł za godzinę to wcale nie tak tanio, więc na takie korepetycje może sobie pozwolić tylko burżuazja. No chyba, że się ma znajomości.

Apel korepetytora


To, którą z tych opcji wybierzesz, zależy tylko do Ciebie. Mam tylko jedną prośbę. Jeżeli wysyłasz  swoje dziecko na korepetycje; nie oczekuj cudów! Przez godzinę zegarową można zrobić średnio 5/6 zadań. Jak człowiek nie usiądzie nad tym w domu i nie przerobi tego jeszcze raz, od początku do końca sam, to przepraszam bardzo, ale pretensje można mieć tylko do siebie. Tym bardziej, że z tych 60 minut robi się w rzeczywistości 45-50. Bo trzeba zeszyty przygotować, coś do pisania, bo trzeba sobie przypomnieć co było ostatnio na lekcji a nierzadko nie na jednej, tylko na trzech poprzednich. O czymś zapomniałem? A no tak! Zadanie domowe! Bo przecież to najważniejsza rzecz na korepetycjach.

  • Cieszę się, że ktoś poruszył ten temat. Sama udzielam korepetycji od 4 lat i cóż, choć rzadko, to jednak zdarza mi zostać 15 min. dłużej, by dokończyć zaczęty wątek. Nie czuję, mimo to potrzeby, by upominać się o 7,50 zł., bo ważniejsze jest dla mnie to, że uczeń zrozumiał to, co chciał zrozumieć i wie, co ma sam zrobić/przygotować. A jeśli chodzi o oczekiwania rodziców, to na wstępie ustalam jak wygląda współpraca, a po zapoznaniu się z uczniem informuję jak będziemy pracować (metody dostosowuję do indywidualnych zainteresowań uczniów, ich poziomu wiedzy i możliwości), tak by w pełni wykorzystać te 60 czy 90 min. w tygodniu. Czasem, by korki przyniosły efekty, wystarczy ucznia zmotywować do nauki 😉 Niestety nie ma na to jednej trafnej metody…

    • Powiem Ci, że 4 lata to już sporo czasu. Ja z korepetycjami mam do czynienia dopiero od dwóch. Mimo wszystko zostaje te kilka minut dłużej czasami, bo nie chcę zostawiać nie rozwiązanego zadania. Nie zawsze da się przewidzieć ile ono zajmie czasu. Raz tylko miałem sytuację w której policzyłem sobie za 1,5 godziny a nie za godzinną stawkę, ale to dlatego, że nikt nie poinformował mnie o tym, że mam nie przychodzić w danym dniu, więc pół godziny spędziłem na dworze a okazało się, że syn zapomniał, że ma korki. A metody, jak mówisz zależą bardzo często od tematu. Ostatnio na zadanie domowe mojemu uczniowi kazałem zbudować ostrosłup, bo inaczej by nie zrozumiał.

  • Korki… sto lat temu chodził człowiek na jakieś. Trafiało się na różnych ludzi. Ci z polecenia i znajomi byli bardzo spoko. Raz jeden trafił mi się nauczyciel z ogłoszenia i to była jakaś katastrofa. Nazwać go dziwnym to tak jak słońce nazwać trochę jasnym. Brrr

    • U znajomego jest o tyle prościej, że znasz już jego język, albo słyszałeś opinie i wiesz czego, mniej więcej się można spodziewać. Niemniej jednak dziś na różnych stronach można znaleźć najzabawniejsze ogłoszenia. Czasem nawet studenci robią sobie takie żarty. Warto jest mieć sprawdzone źródła, ale tym nowym, młodym i szukającym pasji też trzeba czasami dać szansę 🙂

  • Herbatę na szczęście udało mi się dostać wszędzie 😉

    • Ta herbata, to naprawdę czasami więcej niż te pieniądze 🙂

  • Nigdy nie chodziłam na korepetycje, zawsze byłam dobrym uczniem i uważałam korepetycje za niepotrzebne wydawanie kasy przez nieuków. Do czasu kiedy poszłam w ubiegłym roku na informatykę – byłam skłonna już iść na korepetycje z matmy, ale zdążyłam doczekać bez korepetycji do zakończenia semestru. Nie zaliczywszy oczywiście tegoż.
    Także korepetycje nie są mi nadal znane. Nawet nie wiedziałam o takich możliwościach o jakich piszesz. Wydawało mi się, że korepetycje dają wyłącznie studenci i to wyłącznie przez ogłoszenia na słupach latarnianych.

    • No faktycznie. My piszemy tutaj o szkole, ale sam znam osobiście kilkoro ludzi, którzy po pójściu na studia potrzebowali pomocy. Wydaje mi się, że to nie jest już dzisiaj ujma na honorze, tak jak było kiedyś. To nie te czasy, że jak idziesz na korki to od razu jesteś nieukiem. Dzisiaj tak samo jak szybko rozwija się system edukacji, tak samo rozwijają się korepetycje 🙂

      • Grzesiek DietaMistrza.pl

        Dokładnie! Pamiętam jak „za moich czasów”;) uczeń mający korki albo chodzący na „godziny wyrównawcze”, które były chyba przymusowe dla tych słabszych uczniów, był postrzegany jako głąb. To był wstyd dla ucznia i rodzica. Dziś dodatkowe zajęcia to konieczność oraz często przywilej dla zamożniejszych osób.
        Ja miałem korki z matmy przed egzaminem do liceum. Było to wiosną 1998 roku, a wiecie że nie było wtedy facebook’a? 😉

        • To też było chore podejście, ale niestety, wtedy prawdziwe. Nie każdy przecież musi być od razu orłem we wszystkich dziedzinach. Z resztą nie tylko w przypadku dodatkowych lekcji mówiono, że ktoś słabszy jest „debilem”. Jeszcze dobrych parę lat temu w Pedagogice Specjalnej stosowano klasyfikację taką jak; debilizm, imbecylizm i idiotyzm. A idea godzin wyrównawczych, od której teraz już się odeszło była dobra, bo przecież każdy z nas uczy się w innym tempie.

  • Sama na korepetycje nigdy nie uczęszczałam jedynie co przed maturą dla powtórki chodziłam do pani będącej matematyczką, która kasowała mnie jak za zboże, ale faktycznie pomogła w powtórzeniu materiału, który genialnie podzieliła tak, abym wszystko zdążyła przerobić do egzaminu. Jednak prawda jest taka, że gdyby nie fakt, że siedziałam nad tymi arkuszami w domu robiąc wszystkie, a ilość ich była ogrooomna, na pewno grubo ponad pięćdziesiąt zestawów to pewnie wyniki nie byłyby takie obiecujące. Wytłumaczenie jest najważniejsze, ale potem już pracować trzeba nad tym samemu, a rodzice myślą, że jak dziecko pójdzie na tą godzinę raz w tygodniu to już będzie orłem. Niestety w godzinę to może wyłącznie osoba o IQ zbliżonym do Einsteina faktycznie by pojęła wszystko. 😉

    • Tak to już jest, że zazwyczaj jak się idzie na ostatnim roku przed maturą na korki to człowieka kasują, bo przecież powinien Cię tego nauczyć Twój nauczyciel w szkole przez ostatnie dwa lata. No, ale nie czarujmy się w godzinę to można przerobić maks dwa takie arkusze i to jak ktoś jest wybitnie zdolny. A jeśli chodzi o wymagających rodziców, to wydaje mi się, że czasami to oni powinni pójść do szkoły.

  • To, że w ogóle uczniom są potrzebne korepetycje, to porażka szkoły, nauczyciela – uczeń powinien w ciągu tych lat codziennie marnowanych na grzanie stołka w szkole opanować materiał na tyle, by nie musieć korzystać z korepetycji, czyli płacić za wiedzę, którą powinien mieć za darmo.
    Wiem, że ludzie biorą korki z różnych powodów, ale i też mam apel do tych „biorących” : ludzie, nie oczekujcie, że jak się zgłosicie w połowie kwietnia na korki z anglika, znając >mniej więcej< present simple to zdacie maturę rozszerzoną na 4 czy 5! :- D ps. ale podstawową NIESTETY często tak.

    • Też się z tym zgodzę, że to porażka nauczyciela, jeśli uczeń z jego przedmiotu musi brać korki. Ciekawe, że uczniowie, z którymi mam do czynienia rzadko zgłaszają się do mnie, bo czegoś nie umieją, bo nie wynieśli tego z lekcji. Wydaje mi się, że „problem” tkwi w rodzicach i ich podejściu do szkoły i nauczycieli. Często słyszę, że „nauczyciel uwziął się na mojego syna” albo „ta kobieta jest niekompetentna”. Nie wchodzę w szczegóły, wiele rzeczy wychodzi podczas rozmowy z uczniem 😉 Nie wszyscy uczniowie muszą lubić danego nauczyciela i taka jest najczęstsza przyczyna ich niechęci do przedmiotu=uczenia się danej dziedziny, a w konsekwencji dostawania słabych stopni, które martwią rodziców. Moim zadaniem wtedy jest wzbudzenie w uczniu zainteresowania językiem polskim, najczęściej można to osiągnąć znajdując wspólny język, na co w szkole nie ma czasu. W swojej karierze spotkałam również uczniów, którym brak motywacji do nauki, którzy nie widzą sensu zdobywania wiedzy i nie mają potrzeby ani ochoty chodzić do szkoły. Z nimi najtrudniej się pracuje i trzeba mnóstwo czasu poświęcić na dotarcie do przyczyny tego stanu rzeczy. Także problem korepetycji jest bardziej złożonym zjawiskiem, niż nam się wydaje.

      • Zdaję sobie sprawę jaki w ogóle mamy system edukacji: czyli robienie wyników dla szkoły, mnóstwo papierologii i gonienie terminów. Smutne jest też to że obecnie uczniowie „uczeni” są tylko do jednego: zaliczania testów, egzaminów. Nie dla wiedzy. To jest porażka.

        • Zgadzam się. To nikomu nie służy i w znaczy sposób wpływa negatywnie na podejście uczący się do nauki 🙁

        • Nie tylko uczniowie są dzisiaj w ten sposób szkoleni.

      • Ja myślę, że problem tkwi również w podejściu szkoły, w tym nauczycieli, do lekcji i do materiału. Zbyt często skupiamy się tylko i wyłącznie na jego zrealizowaniu, bo z tego przecież będziemy rozliczani. A nie raz usłyszałem w trakcie swojej edukacji; „Nie teraz. Nie mam czasu.”, kiedy miałem jakieś pytanie dotyczące lekcji.
        Rodzice to z kolei inna bajka, bo chodzi o to, że przecież ich tak naprawdę w szkole nie ma. Rozumiem, że chcą dobra swoich dzieci, ale tu nawet korepetycje wszystkiego nie załatwią. No cóż, niestety jedyny sposób dziś, żeby się dowiedzieć co dziecko tak naprawdę umie, to poprosić nauczyciela o konsultacje i zajrzeć do dziennika.
        Bardzo często, choć to nie jest zasada, jest tak, że jak uczeń siedzi przez 7 godzin w tygodniu na języku polskim a bardziej interesuje go biologia, to nie będzie się na lekcji udzielał. O co mi chodzi? O to, że dziecko dzisiaj powinno mieć pewien wybór tego, czego chce się uczyć i to od najmłodszych lat. Tylko, że do tego potrzeba prawdziwych nauczycieli – pasjonatów. A tych nam niestety brakuje.

    • To jest porażka tak naprawdę systemu. Tego, że nauczyciele muszą wyrabiać etat w dwóch placówkach i tego, że materiał przeznaczony do realizacji jest zbyt obszerny jak na cały rok szkolny. Stąd właśnie te korepetycje. No, bo przecież za coś trzeba przeżyć. Bardzo często jest też tak, że jeśli korepetytor jest dobry, to wyciąga z tego drugą wypłatę.
      Druga spraw jest taka, że korki jednak wszystkiego nie załatwią za nas. Godzina czasu, raz w tygodniu, to naprawdę niewiele na naukę.

      • Właśnie to bym ukróciła: żadnego zatrudniania w 2 placówkach; nauczyciele nie zarabiają najniższej krajowej (chyba że ci początkujący) a ci od języka, mogą „dorobić”w szkołach językowych. Wygląda to potem często tak, że nauczyciel pracuje w 2 placówkach + wieczory w szkole językowej i…. byle jak wykonuje 3 prace.

        • Idea jest świetna, ale tu pojawia się problem z polityką. Bo nie tak prosto jest zwolnić długoletniego nauczyciela, żeby dać pracę młodemu. a w pewnym wieku wchodzi przecież też okres ochronny. Zgadzam się z Tobą, że jak się jest w 3 miejscach na raz, to nie można wszystkiego zrobić dokładnie. Najgorsze jednak jest to, że cierpią na tym uczniowie.

  • W jednej ze szkół, do których miałam okazję uczęszczać – moja matematyczka nie tłumaczyła nam kompletnie nic, bo teorię tego opartego na obliczeniach przedmiotu uważała za zbędną. Większość klasy nie była w stanie nadążyć za samodzielnym „załapaniem” schematów, bo na początku nowego tematu słyszeliśmy mniej więcej „Te początkowe zadanka są trywialne, zadanie 9., podpunkt e), Kowalski do tablicy. Połowa klasy na korkach. Sama też chodziłam, a mimo to ledwo wyciągałam na 2 na semestr, bo oczekiwania oczywiście niewspółmierne. I tak usłyszałam, że matury nie zdam. A zdałam na 54%, co przy moim humanistyczno-artystycznym mózgu jest wynikiem, z którego jestem dumna. Tak czy siak, wiem że cały sukces z tego przedmiotu zawdzięczam byłej studentce, która spędzała ze mną półtorej godziny w tygodniu. Połowa szkoły na korkach, nauczyciele wiedzą, że nie muszą nic robić, bo wyniki i tak będą, zdawalność będzie wysoka, bo rodzice wezmą pieniądze i zapłacą, bo przecież nikt nie chce robić sobie problemów z panią, która nie uczy. I statystki później dobre, rankingi wysokie, pierwsza trójka w mieście. Jasne.

    • A podobno to matematyka jest królową nauk. Jest wielu nauczycieli, którzy mają własne teorie, jeśli chodzi o dany przedmiot. Tylko co im z tego, skoro zachowują ją dla siebie? Tutaj korki nie były wydaje mi się potrzebne, tylko zmiana nauczyciela. Na korki można iść wtedy, kiedy wiesz czego się do Ciebie wymaga a pomimo tego sobie nie radzisz.
      Ja też miałem jedną taką nauczycielkę, która podobno umiała dobrze uczyć i miała dużą wiedzę w danej dziedzinie. Tylko co z tego, skoro dopasowywała uczniów pod system a nie system pod uczniów?
      I najbardziej boli to, że ludzie potem lądują na korkach, chociaż nie powinni (bo to obowiązek szkoły; dobrze wykształcić) a oklaski za wyniki egzaminu przyjmuje szkoła…

  • AnetaNieZajac

    Nigdy nie korzystałam z korepetycji, bo „za moich czasów” jeszcze nie było takiego zwyczaju. Tylko nieliczni gdzieś tam wspierali się korkami przygotowując się do olimpiad itd. Resztę trzeba było ogarnąć samemu, z pomocą kolegów czy rodziców, niestety.

    • Widzę, że ktoś tu mnie przeszpiegował 😀 Ale faktycznie dzisiaj uczniowie ( Ci co chcą i Ci co im się totalnie nie chce) mają dużo większe możliwość nauki niż kilka lat temu. Żeby to jeszcze tylko doceniali.

  • Szkoda tylko, że niekiedy materiał, który powinien być przerobiony z dzieckiem na lekcji w szkole, trzeba przerabiać z nim samemu lub korzystać z korepetycji.

    • A wszystko dlatego, że ktoś kiedyś sobie wymyśli, że jedna jednostka lekcyjna będzie trwać 45 minut. Tylko teraz pytanie ile z tych 45 minut lekcji zostaje tak naprawdę na przerobienie nowego materiału.

  • Jak byłam młodsza, to miałam korepetycje z Matematyki… jedyne moje wspomnienie z tego czasu, to to, ze mój korepetytor maił piórnik lepiej wyposażony niż ja 😉

    • Teraz na szczęście możesz to wspomnienie wymazać i sama sobie taki kupić 😀 Ale faktycznie; u matematyka w piórniku wszystko wygląda lepiej 😀

  • My jedynie na korepetycje chodziłyśmy w klasie maturalnej, żeby przygotować się do zdawania matury rozszerzonej. Chodziłyśmy do naszej nauczycielki z gimnazjum i płaciłyśmy chyba 20 złotych za godzinę, ale nie było tak, ze wybijał czas i kończyliśmy. Czasem było kilka minut wcześniej, czasem kilka minut później. Ogólnie, byłyśmy bardzo zadowolone.

    • Wielu uczniów wybiera się na korepetycje przed maturą. Inna sprawa, że nie każdy nauczyciel się na takie coś godzi, bo wtedy musi sprawdzić, co przez dwa lata uczeń się dowiedział i jeszcze często nadrobić zaległości – a to wszystko tylko w rok. Ale bardzo się ciesze, że udało wam się z korepetytorem z prawdziwego zdarzenia. Spotkać dziś takiego to naprawdę wyczyn 🙂

      • My w sumie się przygotowywałyśmy typowo pod maturę rozszerzoną, żeby wiedzieć, jak to wygląda, więc chyba za dużo do pracy nie było.

        • Fakt. Z uczniami z podstawy zawsze jest więcej problemów 😀 Wiem to z doświadczenia 😛

  • Pamiętam jak za dzieciaka tato uporczywie pchał mnie na wszelkie korepetycje. Pierwsza jedynka z przyrody…. w czwartej klasie – korepetycje 😀 , potem były z angielskiego i niemieckiego (którego do dzisiaj nie umiem), od czasu do czasu z chemii, fizyki i przygotowawcze z biologii… ^^ Kiedy jednak ktoś przychodził do mnie zawsze mógł liczyć na wodę, herbatę i paluszki lub orzeszki 😉 Hehe…

    Pozdrawiam Cię!

    • Uporczywe pchanie dziecka na korepetycje też nie zawsze jest dobrym wyjściem a jedna jedyna jeszcze nie jest do tego powodem. Niemniej jednak rozumiem intencję Twojego taty 🙂 Ważne jest to ile Tobie one dobrego przyniosły.
      A za drobny poczęstunek nauczyciel na pewno był wdzięczny 😉

      Pozdrowienia dla Ciebie również!

  • Dobrze, że są różne możliwości i każdy może coś dla siebie znaleźć. Korki na zasadzie pomocy koleżeńskiej zawsze się u nas dobrze sprawdzały. Wspólna nauka zawsze wychodziła na dobre.
    Ze swojej strony dodam, że – jak wszędzie – są przypadki różne. Osobiście w liceum trafiłam na „korepetytorkę”, która zamiast tłumaczyć zajmowała się narzekaniem, jakie to życie studenckie jest ciężkie. Hajs oczywiście brała. Na szczęście ogarnęłam się sama. 🙂
    Mam też na swoim koncie bycie po drugiej stronie, tej nauczającej i muszę powiedzieć głośno o jednej rzeczy: materiału nie da się opanować w ciągu jednej godziny, dzień przed sprawdzianem/ maturą. Miałam przypadek, jak tatuś przyprowadził synka i oznajmił, że tenże synek zdaje maturę z niemieckiego i mam go nauczyć. Do matur był tydzień, a koleś nie potrafił się przedstawić.

    • „Miałam przypadek, jak tatuś przyprowadził synka i oznajmił, że tenże
      synek zdaje maturę z niemieckiego i mam go nauczyć. Do matur był
      tydzień, a koleś nie potrafił się przedstawić.” Również, w swoim życiu korepetytora miałam takich przypadków co najmniej kilka 🙂 No ale jasno mówiłam wtedy, jak jest i jak (nie) będzie 😀

      • Ja na korepetycjach też rozmawiam z rodzicami, żeby mieli jasność, że jak dziecko dostanie niższą ocenę, to nie jest to tylko i wyłącznie moja wina. W końcu nie pilnuję, go czy się czy 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu 😀

    • I ja jestem jak najbardziej za formą pomocy koleżeńskiej, nawet gdyby miało to kosztować drobne kwoty.
      Pech chciał, że trafiłaś na osobą, która widziała w tym tylko i wyłącznie łatwy zarobek. No przecież i tak ma płacone za godzinę. Największą szkodą, oprócz krzywdy ucznie jest tutaj też psucie rynku, bo ta dziewczyna pewnie zabrała miejsce komuś, kto naprawdę potrafił uczyć.
      Korepetycje powinny być traktowane jako co dodatkowego, doszkalającego. Niestety najczęściej okazują się być drugą szkołą, gdzie wiadomo przecież, że godzina nauki tutaj nie wystarczy. Tym bardziej przed maturą…

  • Strasznie irytuje mnie sytuacja, gdy rodzicie samym faktem zapisania dziecka na jakiekolwiek korepetycje próbują załatwić problem złych ocen. Korepetycje to jedno, ale bez pracy i zaangażowania, wiedza sama się do głowy nie naleje.

    • To prawda, ale wtedy sumienie się uśpi 😀 No iw razie czego będzie: Przecież chodziłeś/-aś na korepetycje!!

      • Sumienie, to bardzo dziwne stworzenie jest 😛

    • Problem w tym, że poza wąskim gronem nauczycieli i jeszcze paru procent innych ludzi, to zazwyczaj nikt nie zwraca na to uwagi. W końcu problem korepetycji to sprawa między uczniem a nauczycielem. Wydaje mi się, że gdyby zmienić nasz system edukacji to i korepetycji było by mniej.

  • ja nie umiem udzielać korków 😉 za bardzo się denerwuję i nie mam na to nerwów…

    • Do tego, rzeczywiście czasami trzeba mieć stalowe nerwy. Chociaż jak się je umie opanować, to jest też i z tego przyjemność 🙂

  • Ha! 🙂 To całkiem możliwe, że rodzice traktują korepetycje jak opcje wykupienia punktów dodatkowych – dorzuciłem do puli 500 stówek, ocena wzrośnie o 1 oczko 🙂 Dawno temu udzielałam korepetycji i byłam szczęściarą, miałam sympatycznych uczniów i mądrych rodziców.

    • Zazdroszczę Ci tego, że tak dobrze trafiłaś. Trafić dziś na sympatycznego ucznia na korkach jest ciężko a na mądrego rodzica jeszcze gorzej. Na szczęście i w jednym i w drugim przypadku zdarzają się wyjątki 🙂

  • 40 zł za godzinę to nadal charytatywna praca za to ile trzeba się samemu namęczyć i nagimnastykować, aby uczeń coś zrozumiał. Pomijając fakt przygotowania siebie, trzeba znać program, ale… Koleżanka jako statuetka z początku (nie wiem jak teraz) udzielała korepetycji z angielskiego. Oferowała nawet dojazd do ucznia, podziwiam ją.

    • To fakt. Kreatywność najczęściej trzeba mieć już wliczoną w pakiecie. Znajomość programu to kolejny problem, ale do rozwiązania. Najczęściej na korepetycje udzielają albo osoby młode, które z tym programem miały niedawno do czynienia, albo nauczyciele, którzy w tym siedzą na co dzień. Niemniej jednak przygotowanie się do zajęć też wymaga poświęcenia swojego czasu.

  • Szczerze? Nie wiedziałam, że jest tyle możliwości, ale ja w sumie w małym mieście mieszkam i jest z tym ( było za moich czasów) nieco trudniej. Ja sama nigdy z korepetycji nie korzystałam. Jednak gdybym miała pisać maturę z matmy na pewno bym była częstym klientem korepetytorów 🙂 Umysłem humanistycznym zostałam obdarowana i teraz siedzę jako bezrobotny pedagog 🙂 Pozdrawiam

    • W mniejszych miejscowościach korepetycje nie są aż tak bardzo popularnym sposobem edukacji, to prawda. Druga sprawa, że niestety, ale egzamin maturalny najczęściej nie wiąże się z niczym innym jak tylko z korepetycjami. Tylko, czy to jest rozwiązanie problemu?
      Ja również mam humanistyczny umysł, ale mimo wszystko widzę tego jasne strony 🙂

      • Ja nie wiem jak teraz wygląda matura, ale kiedy ja ją zdawałam nikt na korki nie chodził i wszyscy zdaliśmy 😀

        • Teraz matura co roku wygląda inaczej 😛

  • Nie wiedziałam o korepetycjach w Mopsie. To fajna sprawa i jestem ciekawa ile osob tak naprawdę o tym.wie. w podstawówce pomagalam innym.uczniom, w liceum byly inne priorytety::) wiec faltycznie cos w tym musi byc, ze ta opcjs zanika.

    • Powiem Ci, że z roku na rok coraz mniej. Większośc na taką informacją reaguje zaskoczeniem, bo nikomu też MOPS się z takim działaniem nie kojarzy. No cóż; smutne, ale prawdziwe.

  • Dawałam kiedyś korki w OPSie jako wolontariusz – nigdzie nie widzialam bardziej sympatycznych i zdeterminowanych nauczycieli. Polecam zarówno wolontariat i taką formę korepetycji 🙂

    • Przynajmniej w tym wypadku nikt nie wydziera sobie pracy z rąk, bo nie ma z tego żadnych korzyści finanoswych. No i atmosfera dzięki temu jest zdrowsza 🙂

  • Mam koleżanki studentki, które udzielają korepetycji i obie strony są zadowolone 🙂

    • W takim razie życzę im, żeby było tak dalej 🙂

  • Oprócz pracy na zajęciach konieczna jest samodzielna nauka i prace domowe.. popieram.

    • Dziękuję za wspracie 🙂

  • Korepetycje to temat dla mnie drażliwy, bo dla mnie są wyznacznikiem tego, że szkoła źle naucza. No chyba, że są też wyznacznikiem mody. Kiedy mój syn rok temu przygotowywał się do egzaminu gimnazjalnego, większość jego znajomych pobierała korepetycje, a on nie chciał o nich słyszeć, co z jednej strony napawało mnie niepokojem (teoretycznie inni mieli większą szansę chociażby przez częstszy kontakt z nauką), z drugiej strony narastał we mnie bunt, dlaczego wszyscy temu zjawisku tak łatwo się poddają. Ja rozumiem, że poziom w szkołach jest bardzo różny, tak jak dzieciaki mają różną motywację do nauki, ale moim życzeniem byłoby odzwyczaić ludzkość od tych praktyk, bo dlaczego rodzice mają wyręczać szkoły w tym co jest ich głównym zadaniem?
    BTW. Syn dostał się do dobrego warszawskiego liceum, a co ważniejsze takiego jakie wybrał w pierwszej linii.

    • Jest to drażliwy temam, ale ja jako przyszły pedagog specjalny nie chcę siedzieć cicho z założonymi rękami. Szkolny system dzisiaj nie przygotuwuje nas tak w zasadzie do niczego konkretnego. No, bo niby jak ma to dobrze robić skoro uczniowie biorę co chwilę jakieś korepetycje? Przeraża mnie fakt, że o korepetycjach muszą myśleć uczniowie już w gimnazjum, gdzie tak naprawdę, żaden egzamin nie jest im wtedy do niczego potrzebny. Lepiej bylo by te kilka godzin więcej spędzić na zajęciach praktycznych w szkole, ale do tego jeszcze długa droga. Bo szkoła dziś to tylko sucha teoria. A prawdziwych nauczycieli bardzo często poznaje się dopiero na korepetycjach 1:1. Faktycznie porażka.
      PS. Gratuluję Twojemu synowi ambicji 🙂

      • I nie należy w tym temacie siedzieć cicho. Mnie ta moda z korepetycjami strasznie wkurza i oburza. Syn się zbuntował, ale się udało. Chodził do dobrej szkoły, która dobrze go przygotowała do egzaminów, ale wiadomo idealnie nigdzie nie jest. Starsza córka chodzi do państwowej niezłej szkoły, tyle, że poziom angielskiego jest beznadziejny i już od 1 klasy wiadomo było, że bez korepetycji się nie obejdzie. Postanowiłam wstrzymać się z tym do 4 klasy, obecnie jest w 3, choć większość klasy chodzi na dodatkowy język angielski. Czy tak trudno naprawdę znaleźć nauczyciela, który przyzwoicie będzie mógł poprowadzić naukę języka obcego? Ech.

        • To jak się odmyślam jest typowy nauczyciel anglista, który znając życie nie ma w tej szkole pełnego etatu. Tlko, że skoro się na taki zawód pisał, to moim zdaniem to go do czegoś zobowiązuje. Z drugiej strony opinia o takim nauczycielu, to też opinia o szkole. Tak bardzo bym chciał, żeby w szkołach w końcu uczyli nauczyciele z pasją.

          • To jest niestety wciąż rzadkość w szkołach państwowych. Ja również mam nadzieję, że i to się zmieni, bo przed moimi córkami jeszcze wiele lat szkolnej edukacji.

          • Przede mną mam nadzieję też, tylko z drugiej strony 🙂

          • Typowy nauczyciel anglista? A jaki to jest? 🙂 Pytanie tylko brzmi agresywnie. Jestem zainteresowana, bo u nas w szkole jest kilku anglistów na pełnym etacie. Więc typowy, że nie uczy tak jak powinien? Czy typowy, że nie ma etatu? Pozdrawiam!

          • Ja spotkałem się z nauczycielami przez kilkanaście lat mojej edukacji, gdzie żaden nie miał w szkole pełnego etatu-nawet jeśli był bardzo dobry. Chodzi mi oczywiście o nauczycieli języka angielskiego.

          • Miałeś pecha. Ale prawda jest faktycznie taka, że anglistom w szkołach nie jest różowo.

  • Nigdy nie brałam i nie udzielałam, chyba nie wiedziałabym nawet jak się do tego zabrać….

    • Wiesz myślę, że kwestia jak się do tego zabrać jest bardzo indywidualna i często wychodzi w trakcie 🙂 I nie dziwię się, że nie słyszałaś o korepetycyjnym wolontariacie, bo jednak mało osób się na niego pisze.

  • Ja znam korepetytorów, co biorą po 80-100zł za godzinę przygotowania do matury i to w małym mieście, także 40 zł to wcale nie jest dużo ;). Myślę, że to uczciwe pieniądze.

    • Też słyszałem o takich kwotach głównie w przypadku przedmiotów ścisłych, np. takich jak chemia. Te 40 złotych w porównaniu z takimi kwotami jest rzeczywiście ceną przeciętną i myślę, że na każdą kieszeń.

  • Pingback: Korepetytor poszukiwany - Edukacja z pasją()

  • Toszczyk

    Jestem studentem magistrantem, od pół roku prowadzę korepetycje i dziwi mnie to, że większość osób chce je mieć z dojazdem. Ja też kiedyś pobierałem korepetycje od 2 różnych osób i zawsze to ja dojeżdżałem do nauczyciela. Jeśli mam dojeżdżać 6 lub 7 razy w tygodniu to jest spora strata czasu. Normalne jest, że ludzie chodzą do sklepu, chodzą na uczelnię, chodzą do szkoły, do banku, chodzą do salonu Orange, do urzędu, a nie na odwrót. Skoro chce im się chodzić do fryzjera/do sklepu – to niech też przyjdą do domu do mnie na korepetycje. Moim zdaniem udzielanie korepetycji z dojazdem gratis to niestety psucie rynku. Nie mam natomiast nic przeciwko korepetycjom za 15 zł/h. – jak ktoś sobie ustali taką cenę. Ja poświęcam swój czas na dojazd, przez co mam mniej czasu dla klientów, niż gdybym przyjmował ich u siebie.

    Ciekawe, czy ci ludzie też zamawiają sobie do domu fryzjera, lekarza, urzędnika, bibliotekarza?

    • Mnie już nawet to pytanie o dejeździe nie dziwi, bo korepetycje prowadzę od dwóch lat. Czasami ludzie mieli naprawdę śmeiszne oczekiwania w kwestii dojazdu za podaną cenę. Oczywiście zdażali się też tacy, którzy stwierdzili, że mogą mi za ten dojazd oddać, ale 30 km… No sam przyznasz, że to odrobinę za daleko.

      Oczywiście rozumiem obiekcje niektórych rodziców jeśli np. dziecko jest w średniej szkole a nauczyciel jest młody i atrakcyjny, ,ale myślę, że kązdy z nas ma jakieś swoje zasady 🙂
      Ja też od przyszłego roku podniosę stawkę, bo jestem już dawno za półmetkiem studiów i trzeba powoli zacząć myśleć o przyszłości.