Jak źle wybrać promotora

Wiecie jak się dzisiaj nazywa tak zwana, koleżeńska pomoc? W Słowniku poprawnej polszczyzny tej definicji nie znajdziecie, ale potocznie nazywa się to Dzień Dobroci dla zwierząt. Nie znaliście tego określenia wcześniej? A to dziwne, bo przecież praktycznie u każdego blogera znajdziecie ekspercki wpis poradnikowy. Wszyscy łudzą się, że znajdą tam odpowiedź na ich życiowe problemy, a tymczasem jest jedna, wielka lipa! W tym tekście będzie inaczej. Nie będzie dobrej rady, bo takie dają wszyscy. A ja nie jestem wszyscy, tylko jestem Narwany. Dlatego właśnie dzisiaj, specjalne dla Was, Dzień Dobroci dla zwierząt pod tytułem;

Jak źle wybrać promotora

Najgorzej, to jest go nie wybrać! Myślicie, że tak się nie da? Nie znacie studenckich możliwości. To, że student potrafi wiadomo już od dawna. Problem w tym, że najczęściej potrafi nie wtedy, kiedy trzeba. Na przykład, podjąć najważniejszą decyjzę w swoim studenckim życiu, czyli; wybrać promotora. No, bo na pierwszym roku to jeszcze nikt nie myśli o pisaniu pracy. Najpierw to trzeba się do studiów przyzwyczaić, z ludźmi zintegrować. A promotor? Nie zająć, nie ucieknie. No i pojawia się w końcu ten sądny dzień, kiedy trzeba zebrać z krzesła swoje szanowne cztery litery, pofatygować się do dziekanatu i wybrać swojego mentora na kolejne dwa lata. Co robi student?

„Jeszcze mam czas. Przecież zapisy są do trzynastej a jest dopiero dziewiąta. Z resztą, kto by się tam przejmował wyborem promotora? Kto będzie, to będzie?”

Więc przychodzisz na uczlenię o tej dziesiątej trzydzieści i budzisz się jak zwykle z palcem w dupie, bo do wyboru został Ci jedynie Twoj znienawidzony wykładowca u którego tylko Ty miałeś dwóję w indeksie. Czyli, w zasadzie, nie masz wyboru. No, ale przynajmniej zna się na dzięciołach o których chciałeś pisać. Doceń to. Inni nie mieli tyle szczęścia. Bo mieli więcej rozumu…

Wybrali promotora, fachowca

Farciarze i wybrańcy, bo inaczej nazwać się ich nie da. Pytanie tylko; Jak Oni to zrobili, skoro na liście tego promotora nie było?! 

Myślę, że w tym momencie zagubionym należy się małe wyjaśnienie;
Otóż, listy z wyborem promotora skonstruowane są w tak magiczny sposób, że nigdy nie wiesz, kogo do wyboru Ci przydzielą. Problem w tym, że jak interesujesz się tematem niedożywiena wśród dzieci, to raczej animator społeczno- kulturalny Ci nie pomoże. A taki jest na liście do wyboru. Magia, co nie? Szczerze mówiąć, sam jej do dziś nie ogarnąłem. Dlaczego? Bo nie było mi to do szczęścia potrzebne. Po prostu…

Zmieniłem promotora

Nie, żebym poprzedniego nie lubiał, czy, żeby zrobił mi jakąś krzywdę na egzaminie. Ja po prostu chciałem pisać pracę u specjalisty. I zakładam, że połowa ludzi, którzy dopiero stoją przed tym wyborem ma w tej chwili tylko jedno pytanie; To tak się wogóle da?! Jasne! Trzeba tylko chcieć. No, ale to tyle roboty. Najpierw trzeba pójść i poprosić obydwóch promotorów o zgodę. Potem trzeba jeszcze pismo do Prodziekana napisać. A najtrudniejsze jest to, że wszyscy trzej się muszą zgodzić. 

sesja

Tak, to rzeczywiście jest wielki problem. Dlatego lepiej jest siedzieć na dupie, nic nie zrobić i pisać pracę u człowieka, który o dzięciołach nie ma zielonego pojęcia, bo przecież jest Botanikiem. No i w sumie, to mi nawet pasuje, bo jest lajtowy. Od trzech miesięcy nic nie napisałem, a on ode mnie tego też nie wymaga. Taak, a potem wszyscy chcą się bronić w czerwcu. Nie mówię, że to niewykonalne, bo najwięksi geniusze piszą pracę w tydzień. Tydzień z życia wyjęty… A wystraczyło tylko…

Zmienić promotora

Teoretycznie można go zmienić zawsze, a praktycznie, to im wcześniej, tym lepiej. No, bo szanujmy się, promotor też jest człowiekiem i jak przyjdziesz do niego po pół roko, że jednak chciałbyś się do niego przenieść, to nie zdziw się, jak obróci się na pięcie i pójdzie w drugą stroną, mówiąc Ci; Do widzenia. W sumie, to tak samo konsekwentny promotor traktuje tych, którzy po trzech miesiącach obijania się przychodzą tylko po wpis. Jednak niezależnie od tego, czy udało Ci się trafić na fochowca, czy nie; Czy Twoj promotor jest konsekwentny, czy nie, przez usta każdego studenta, prędzej czy później przechodzi to samo zdanie;

Nie cierpię tego promotora

Bo, go ciągle nie ma – okej przynaję, że ten typ jest najgorszy. Bo muszę, co tydzień chodzić na saminarium a przecież mam tyle innych, ważniejszych obowiązków – i to już rzeczywiście jest problem, bo nie każdy promotor potrafi prowadzić semianrium w sposób konkretny a przy tym ciekawy. Trafić na takiego u którego bez notatek przyjdziesz za tydzień i będziesz wszystko pamiętał jest rzeczywiście ciężko, ale nie jest to niewykonalne. 

Bo za każdym razem w moim licencjacie/ w mojej magisterce (niepotrzebne skreślić) się czegoś czepia i każe mi coś poprawiać. Grunt, żeby kazał to poprawiać z sensem i wskazywał gdzie są błędy. Wtedy może się czepiać i po stokroć. A pracę, chcesz, czy nie chcesz i tak musisz napisać sam.  

Pytanie tylko; Czy znalazłeś właściwego promotora? A może już zdążyłeś spieprzyć sobie życie?